Alek wczoraj pierwszy raz się uśmiechnął! Wyraźnie w odpowiedzi! Bez podejrzeń o ten niby-uśmiech wywołany pracą jelit, czyli jeden z wielu uroczych grymasów: synek patrzy z wytężeniem w sufit, wzdycha. Uśmiech, powątpiewanie, całkowite zwątpienie, uśmiech, och och! zdumienie, westchnienie. Finał! Zmiana pieluszki.
Lecz teraz to był uśmiech prawdziwy i tę cudowną umiejętność mały trenował pół dnia, i dziś rano też! Długo rozmawialiśmy. Rozpływam się jak ten śnieg za oknem w słońcu.
Z dnia na dzień coraz większy ma słowniczek (gestowniczek? westchniczek, mamrotlistę, rykospis) - wśród rozmaitych okrzyków, gestów, westchnień, popędzającego khe! khe! i różnych o! ua! e! wyróżniają się dwa ważne słówka.
Ważne słowo 1: ejo ejo- używane, gdy się opóźniam z karmieniem. Już się czeka na kolanach, już pachnie mleczkiem, a tu nic! nic, ciągle nic! Ręce mi latają, szamocę się z bluzką; krótkie rozjuszone ryknięcie i przyssany Alek krzywduje sobie: ejo ejo... ejo ejo... (łyk) ejo ejo (łyk, łyk) ejo ejo!
Ważne słowo 2: ere - wypowiadane w trakcie karmienia, pełne błogości. On mówi "heureux"! zachwyciłam się. Szczęśliwy - jasne, jak może być inaczej, gdy człowiek ma sporo w brzuszku, a wciąż może cieszyć się na drugą połowę uczty. Teraz Alek zmienia akcent, przez co czasem słowo brzmi z duńska. Na zmianę Brassens i gang Olsena...
Mój kochany! Przytulam synka i zamiast dać jeść (spróbujmy wytrzymać do kąpieli) śpiewam pioseneczki, których on niecierpliwie lecz póki co uprzejmie słucha.
Ja: I jak ci się podobało, synku? Mój ty orzeszku?
Alek: (wymijająco odwraca spojrzenie): Ejo ejo (i wysuwa jęzorek - jeść dać mamo, jeść dać, nie śpiewać!)
Grześ usypia synka, mamy z Maszą czas dla siebie. Rysujemy bajkę, na każdej kartce osobna scenka. Ja daję kontur, Masza wypełnia kredkami. Rzecz opowiada o siostrze i bracie, co mieli baloniki i wznosili się na nich w niebo; nieoczekiwanie dyskusję wznieciła kolorystyka.
Masza: Balon chłopca będzie czerwony, bo kiedyś mówiłaś, że dla chłopca nie może być różowy.
Ja: Ja? Wcale tak nie mówiłam.
Masza: Ale tak słyszałam.
Ja: Musiałaś się przesłyszeć. Nie mogłam tak mówić bo tak nie myślę.
Masza (z westchnieniem): Mamo... Ja chyba znam się na swoim własnym słyszeniu.
Patrzymy na maleństwo (a widzę w nim moc, mądrość i tyle godności, że trudno mi wyzbyć się onieśmielenia. Oraz przemożnego szacunku, który nie pozwala tej cudownej istoty zwyczajnie sobie brać, przewijać i przenosić) - wracając, patrzyliśmy na synka-brata i z dnia na dzień robocze imię Krzyś bladło a wzmacniało się drugie z krótkiej listy, Aleksander. W końcu nawet Masza wyznała speszona, że brat to już nie Krzyś. O, zazdroszczę tym rodzicom, co mają ulubione imię dla dziecka jeszcze w brzuchu. My potrzebowaliśmy czasu, by je sprawdzić, dopasować, a i tak uważam, że najlepiej drzewiej było: do któregoś roku życia dziecko było Okruszkiem lub Słoneczkiem, a potem przychodził Mądry i nadawał imię najlepsze.
Mama do mnie zadzwoniła, że na blogu pojawiły się pytania, czy już? Dziękuję Wam - poczułam przypływ sił i słuchajcie,
TAK! (tu czuję, że mam wilgotne oczy)
Te ostatnie dni były trudne. Tyle mogłam była napisać... szkoda, że nie wzięłam się w garść... dopiero Wigilia i pierwszy dzień Świąt minęły spokojnie. A w drugi dzień Świąt mały uznał, że już można. O czwartej, po obiedzie (pycha) u Babci Wisi ruszyło; o szóstej zjawiliśmy się w szpitalu; a o ósmej czterdzieści powitaliśmy go, naszego synka, małego braciszka Maszy.
Masza przez te trzy dni w szpitalu stała się dorosła. Odwiedziła nas w szpitalu, aby tylko przez szybę na schodach, króciutko, mogła spojrzeć na brata. Stała cicha, uroczysta i przejęta. "Mamo, kocham cię i dziękuję, że urodziłaś braciszka", powiedziała wczoraj, a moje wewnętrzne szczęście przelało się przez brzegi.
Krzyś (?). Obserwator. Płacze, gdy już całkiem nie ma wyjścia i łatwo daje się ukoić. Czytamy w jego oczach absolutne zrozumienie i jeszcze ten podziw: świat, a więc tak wygląda świat!
A dziś jednym uroczym fiknięciem zrzucił obie skarpetki. Mały, rzekłam, wysiadując z nim przy piersi godzinki, ale to fajnie zrobiłeś! I wtedy pokazał ten słodki dołeczek w policzku.
No, to ja już wracam do ciebie, synku, po kolana w radości.
Aktualnie w przedszkolu wałkowany jest ekscytujący temat Miłości. Składowe, czyli narzeczeni, mężowie i żony, a zwłaszcza całowanie, są sprawą szczególnej wagi, emocji i podwójnych rumieńców. Nie bardzo wiem, co robić, więc nic specjalnego nie robię. Toż rzecz to naturalna i minie... uj, ale potem pierdyknie w porze nastoletniej... Staram się traktować temat z powagą, uwagą, pogodnie.
Masza: Dziewczyny w naszej grupie teraz polują na chłopców i ich całują. Na Bartka i Mateusza. Ale oni nie lubią całowania i mówią fuj.
Ja: Ty też polujesz?
Masza: E, ja nie. Ale wiesz... wiesz... WIESZ... (suspence z rumieńcami)
Ja: Co?! Powiesz?
Masza: Bo Bartek powiedział, że się ze mną ożeni!!!!! Ale ja nie chcę! (bezsilny jęk)
Ja: No co ty, przecież nie może się z tobą ożenić bez twojej zgody!
Masza (dwa bezsilne jęki): Ale on tak mówi i mówi, nalega! Chyba będę musiała!!
Ja: Niech nalega. Jeśli go tylko lubisz, możesz mu odpowiadać na przykład, że pozostaniecie przyjaciółmi.
Masza: Ale najprościej będzie jak mu się odpodobam. Przebiorę się może za starą marchewkę...
Mamy w łazience nad wanną nalepione zwierzęta z kąpielowej arki Noego. Sama arka nie przeżyła dwu lat nad wilgotną wanną, ale zwierzęta wraz z Noem trwają.
Ja: Które nazwy zwierząt zaczynają się na tę samą literę?
Masza (namyśla się długo, ale z sukcesem): Żółw i Żyrafa!
Ja: Super!!! A jeszcze?
Znajdujemy wspólnie - Kaczka i Kot, Niedźwiedź i Noe. A Gołąb, a Owca?
Masza zagląda na dno wanny, gdzie mamy naklejone rybki, ośmiorniczki i rozgwiazdy. Owca z Ośmiorniczką, wykrywa Masza. Potem dzielimy rozgwiazdę na pół i otrzymana w ten sposób Gwiazda staje się parą Gołębia.
Masza się kąpie, Grześ asystuje, czyli poza egzekwowaniem mycia zębów itd bierze na siebie rolę pomocnika w grach i zabawach w wannie ("ty jesteś hipciem a ja łódką i ścigamy się...") Ja w tym czasie łykam leki, kładę się na kanapie i liczę skurcze, bo ich znów za wiele.
Mija pół godziny.
Grześ: I jak teraz?
Ja: Lepiej.
Grześ: Uwielbiam te twoje japońskie odpowiedzi. Ile miałaś skurczy od ostatniego?
Ja: Żadnego.
Grześ: Nie mogłaś od razu tak odpowiedzieć?
Ja: Wiesz, że mam kłopot z myśleniem. Musisz zadawać dobre pytania.
Grześ (wzdycha): Chyba rozumiem, dlaczego kobietom podczas porodu trzeba pomagać w oddychaniu.
Masza cieszy się na przybycie brata i jakkolwiek wyobraża sobie nasze przyszłe życie, zapewne wyobrażenie jest mocno różowe. Staramy się więc jakby nigdy nic wplatać w jej wyobrażenie nitki innych kolorów. Dziś dzielimy stare ubrania Maszy dla młodszych sióstr Kuby i Matiego, świetna okazja.
Masza: A brat będzie dużo płakał?
Ja: Wiesz, takie maleństwo nie umie mówić. Tylko płaczem może przekazać, że coś jest nie tak, na przykład, że mu zimno albo głodny...
Masza (zmarszczona brew, namysł, iluminacja): Wiem! Po prostu będziemy po kolei sprawdzać, o co mu chodzi. Najpierw pieluszkę, potem czy nie chce jeść...
Zastygam z opadniętą szczęką i maślanym zachwytem na twarzy. Sama na to wpadła, moje mądre dziecko. Moja córeczka. Moja kochana namarszczona brew.