O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


poniedziałek, 28 listopada 2005

Masza ostatnio ma napady karmicielskie. Na przykład: dostaje jabłko, po czym zmusza mnie, bym zjadła większość z jej łapek. Albo: tak długo zawodzi „kot, mniam, kot” pod szafką z kocim żarciem, aż dam miseczkę i w niej nieco suchego. Może wtedy wydzielać kotom po ziarenku, pobłażliwie je napominać, by nie pchały się jeden przed drugim i w ogóle zarządzać. Dziś z kolei mama Grzesia została unieruchomiona i skarmiona – szczęśliwie nie kocimi chrupkami (ciekawe, czy potrafiłaby odmówić...), ale gruszeczką konferencją. Po raz pierwszy też miała okazję zobaczyć skarmianie kotów.

Masza: (wygraża pięścią niesubordynowanemu Kocurkowi) Nie, kot, nie!

Kocurek: grr... (odchodzi i po chwili wraca)

Masza: Tu! Tu! (zapędza ku miseczce Kotę, która Kocurkowi ustępuje miejsca i zawsze jest stratna) Mniam, kot, mniam! Da, kot. Nie, kot (Kocurek znów skarcony, ale ziarenko dostaje)

Mama Grzesia: (silnie rozczulona) Moja mała gęsiareczka!

If.

wtorek, 22 listopada 2005

Jak można samemu sobie przeszkadzać?

Na przykład: akrobatycznie krojąc w kostkę ziemniaka, trzymając go wewnątrz dłoni. Szczędzę czas potrzebny na sięgnięcie po deskę.

Można też wieszać pranie jedną ręką, gdyż w drugiej trzyma się nieforemny stos wilgotnych stafów. Ratuję się od mnóstwa fatygi ze schylaniem do pralki odległej o pół kroku.

Można myśleć o chmurach, które się wczoraj różowiły dokładnie jak lody malinowe z wiersza Tuwima, a czytałyśmy o nich sobie rano („a te złociste, pierzaste, zupełnie jak stosy ciastek...” ); to natychmiast przypomina pewne wieczory i pewne wakacje; to natychmiast powoduje zwęglenie jajecznicy dla malutkiej; potrawa już nie jest złocista – pierzasta, ale rdzawa – twardawa i córeczka ma minę pani Słowikowej („...przecież ja tu płaczę!”)

If.

niedziela, 20 listopada 2005

Wieczór; oboje z Grzesiem, zmęczeni po bardzo trudnym weekendzie, omawiamy różne sprawy; Masza łazi i gada. Srebrny głosik wygłaszający komunikaty dochodzi nas z różnych punktów mieszkania. W pewnej chwili milknie. Oboje natychmiast szurgamy krzesłami i lecimy sprawdzić, gdzie dziecko jest i czym się tak zajęło, że zapomniało jęzorka w pysiu... a doświadczenie wskazuje, że...  Widzę, że w sypialni małej nie ma.

Grześ: Gdzie Masza?! W łazience jej nie ma!

Ja: To tu jej nie ma! Musi być w łazience.

Grześ (po dłuższej chwili): No jasne. Wiadomo. Gdzie może być dziecko, jak nie za kiblem?

If.

czwartek, 17 listopada 2005

Kupiłam sobie czapeczkę – nic szczególnego; potrzebne mi było coś małe, wesołe i ciepłe na głowę podczas codziennych spacerów, a już specjalnie na wywieisko przy huśtawkach.

Ja: Zobacz, wreszcie sobie czapkę kupiłam.

Grześ: Przymierz.... eee... wesolutka... chyba niezupełnie ci do twarzy.

Ja (pogodnie): No i dobrze, nie będą obcy tatusiowie zaczepiać...

Po jakimś czasie Masza  znajduje czapkę. A ostatnio wdziewa na łepek wszystko, co znajdzie lub zwędzi, na przykład skarpetki.

Grześ (z łazienki): Wiesz, przepraszam, ale pierwsze, co Masza zrobiła po przejrzeniu się w lustrze, to zerwała tę czapkę z głowy...

If.

środa, 16 listopada 2005

Grześ późno wrócił z pracy, bawią się z córeczką i przytulają.

Ja (surowo): Grzesiu, masz tu blond włos na koszuli. Tutaj.

Masza: Tata? Tu?

Grześ: Nie wiedziałem, że aż tak przytarłem tę toyotę...

If.

wtorek, 15 listopada 2005

Manuel Vazquez Montalban „Ptaki Bangkoku” str. 166

„– Jak nie zmienicie manier, to turyści was zostawią – powiedział Carvalho na swoje nieszczęście. Gdy tylko znaleźli się w półmroku uliczki, dostał mocny cios w potylicę i usłyszał tuż przy uchu ostry głos: niech będzie cicho i nie robi problemów. Ta scena przypomniała mu wojenne filmy amerykańskie, w których japoński sierżant gnębi amerykańskich oficerów, policzkując ich i mówi bezczelnie, prosto do ucha, słowa tanaka tanaka, czy coś w tym rodzaju. ”

Ubawiona, zaśmiałam się głośno; te kulturowe nieporozumienia , może Japończyk mu się tylko przedstawiał?...

Córeczko, daj chwilę, tylko dokończę rozdział… dobrze,  tylko stronę - akapit - JUŻ JUŻ malutka!

Zaznaczyć należy, że wzywana jestem po prostu do innej lektury. Ostatnio na szczycie naszego wewnętrznego rankingu jest japońska książeczka „Ohayou”, czyli „Dzień dobry” (oto pewien kotek, co uczył się grzeczności. Po długich perypetiach pięknie wita się z każdym, kogo napotka – z Pieskiem w czapce bejsbolówce,  Liskiem w czarnych cynglach tulącym swą Rudą z czerwonych torebką i w czerwonych szpileczkach… Wita się czule też z Kwiatkiem, Krecikiem, panią Borsukową z Borsucząkiem w wózeczku – urocze! Ale tylko do piątego czytania pod rząd.)

If.

czwartek, 10 listopada 2005

Przygotowując pokój do snu pochwycam fragmenty konwersacji taty z dzieckiem. Konwersacja, jak zwykle, dotyczy Świata. Przed rozmówcami kilka zabawek.

Masza: To?

Grześ: To lew, córeczko. Lew. Tu grzywa, tu łapy, ogon. Tu lwi nos.

Masza: To?

Grześ: A, to taki z wielkimi rogami, żyje na północy. Re-ni-fer.

Masza: To?

Grześ: Wiesz, nie wiadomo, czy to się poznaje po kółkach czy po kapeluszu, ale to jest krowa…

If.

 

środa, 09 listopada 2005

Chyba trochę hermetyczny dialog mieliśmy dziś. Nie przyswajam wiedzy z dziedziny emisji dźwięku, teorii kabli  audiofilskich (w prostej definicji Grzesia: "najdroższych") , ale znam historię gościa, co zawiózł swe bezcenne kolumny do naprawy, bo dźwięk się zaczął zniekształcać. Wkrótce odebrał głośniki oraz wyjęte z wnętrza siedem blaszanych samochodzików

Ja (zatroskana): Grzesiu, trzeba zabezpieczyć te dziury z tyłu głośników. Widziałam dziś, jak Masza próbuje włożyć tam klocek.

Grześ: O. Jeśli dasz dziecku bardzo dużo ołowianych klocków, będę  zachwycony.

If.

niedziela, 06 listopada 2005

Córeczko, dla mnie jesteś maluszynka, śpioszynka, córuszynka. Paskuda. Słodyczek. Moja Światuszynka. (chłopiec byłby, wobec tego, Światopełk? Hm).

Grześ ma piękny talent słowotwórczy. Nasze dziecko, zależnie od sytuacji, to:                                     

Zrzucuś, Dużuś, Protestuś, Kupkuś.                                                                                                

Pieluszkiewicz.                                                                                                                                               

Najnowsze imię, powstałe podczas zabaw na podłodze, to Tatowłaz.

Ja: O, widzę nowe plamy! A cóż takie białe...?

Grześ: Kaszkuś.

Oto mi materiał i sprawca plam w jednym. Jakie śliczne plamy!

If.

piątek, 04 listopada 2005

Dziecko wykąpane, stoi na przewijaku przytulone do mnie i okryte wielkim ręcznikiem. Po wytarciu zazwyczaj zakładamy malutkiej górę od piżamki, potem pieluszkę i na końcu spodenki. W ogóle akcja "kąpiel" odbywa się według precyzyjnego chlupscenariusza, gdzie oboje mamy swoje określone role... Daję Grzesiowi znak, aby ubierał małą, że już sucha.

Grześ: Chodź, córeczko, założę ci bluzeczkę… łapka w rękawek… ślicznie, Maszeńka…  właściwie po co ja tutaj? Spoko sama się ubierasz, jeszcze trochę, a mimochodem tacie krawat zawiążesz.

If.

 
1 , 2