O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


niedziela, 29 listopada 2009

Aktualnie w przedszkolu wałkowany jest ekscytujący temat Miłości. Składowe, czyli narzeczeni, mężowie i żony, a zwłaszcza całowanie, są sprawą szczególnej wagi, emocji i podwójnych rumieńców. Nie bardzo wiem, co robić, więc nic specjalnego nie robię. Toż rzecz to naturalna i minie... uj, ale potem pierdyknie w porze nastoletniej... Staram się traktować temat z powagą, uwagą, pogodnie.

Masza: Dziewczyny w naszej grupie teraz polują na chłopców i ich całują. Na Bartka i Mateusza. Ale oni nie lubią całowania i mówią fuj.

Ja: Ty też polujesz?

Masza: E, ja nie. Ale wiesz... wiesz... WIESZ... (suspence z rumieńcami)

Ja: Co?! Powiesz?

Masza: Bo Bartek powiedział, że się ze mną ożeni!!!!! Ale ja nie chcę! (bezsilny jęk)

Ja: No co ty, przecież nie może się z tobą ożenić bez twojej zgody!

Masza (dwa bezsilne jęki): Ale on tak mówi i mówi, nalega! Chyba będę musiała!!

Ja: Niech nalega. Jeśli go tylko lubisz, możesz mu odpowiadać na przykład, że pozostaniecie przyjaciółmi.

Masza: Ale najprościej będzie jak mu się odpodobam. Przebiorę się może za starą marchewkę...

If.

czwartek, 26 listopada 2009

Dziś w czasie kąpieli Grześ z Maszą zadawali sobie zagadki.

Grześ: Co to jest: gdy jest mróz jest twarde, gdy ciepło płynne, a gdy jeszcze cieplej zamienia się w taki jakby dymek?

Masza: ?

Grześ: To woda, w mróz zamienia się w lód, a mocno podgrzana...

Masza: Tato. Mogłeś od razu powiedzieć, że chodzi o parowanie.

If.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Mamy w łazience nad wanną nalepione zwierzęta z kąpielowej arki Noego. Sama arka nie przeżyła dwu lat nad wilgotną wanną, ale zwierzęta wraz z Noem trwają.

Ja: Które nazwy zwierząt zaczynają się na tę samą literę?

Masza (namyśla się długo, ale z sukcesem): Żółw i Żyrafa!

Ja: Super!!! A jeszcze?

Znajdujemy wspólnie - Kaczka i Kot, Niedźwiedź i Noe. A Gołąb, a Owca?

Masza zagląda na dno wanny, gdzie mamy naklejone rybki, ośmiorniczki i rozgwiazdy. Owca z Ośmiorniczką, wykrywa Masza. Potem dzielimy rozgwiazdę na pół i otrzymana w ten sposób Gwiazda staje się parą Gołębia.

Ja: A Lew?

Masza (bez namysłu): Lybka!

If.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Masza się kąpie, Grześ asystuje, czyli poza egzekwowaniem mycia zębów itd bierze na siebie rolę pomocnika w grach i zabawach w wannie ("ty jesteś hipciem a ja łódką i ścigamy się...")
Ja w tym czasie łykam leki, kładę się na kanapie i liczę skurcze, bo ich znów za wiele.

Mija pół godziny.

Grześ: I jak teraz?

Ja: Lepiej.

Grześ: Uwielbiam te twoje japońskie odpowiedzi. Ile miałaś skurczy od ostatniego?

Ja: Żadnego.

Grześ: Nie mogłaś od razu tak odpowiedzieć?

Ja: Wiesz, że mam kłopot z myśleniem. Musisz zadawać dobre pytania.

Grześ (wzdycha): Chyba rozumiem, dlaczego kobietom podczas porodu trzeba pomagać w oddychaniu.

If.

piątek, 13 listopada 2009

Masza cieszy się na przybycie brata i jakkolwiek wyobraża sobie nasze przyszłe życie, zapewne wyobrażenie jest mocno różowe. Staramy się więc jakby nigdy nic wplatać w jej wyobrażenie nitki innych kolorów. Dziś  dzielimy stare ubrania Maszy dla młodszych sióstr Kuby i Matiego, świetna okazja.

Masza: A brat będzie dużo płakał?

Ja: Wiesz, takie maleństwo nie umie mówić. Tylko płaczem może przekazać, że coś jest nie tak, na przykład, że mu zimno albo głodny...

Masza (zmarszczona brew, namysł, iluminacja): Wiem! Po prostu będziemy po kolei sprawdzać, o co mu chodzi. Najpierw pieluszkę, potem czy nie chce jeść...

Zastygam z opadniętą szczęką i maślanym zachwytem na twarzy. Sama na to wpadła, moje mądre dziecko. Moja córeczka. Moja kochana namarszczona brew.

If.

wtorek, 10 listopada 2009

Jemy szarlotkę z piekarni Lubaszka. Całkiem ujdzie, ale Grześ kręci wybrednym nosem, gdyż jego mama jest mistrzynią ciast, w tym szarlotki.

Masza: Kto robi najlepszą szarlotkę na świecie?

Ja: Babcia Kazia. Szarlotkę, sernik, babkę cytrynową, mniam...

Masza (ze spokojną dumą): I babcia Wisia też. Bo w mojej rodzinie są same mistrzynie.

If.
(jutro sprawdzimy nasze z Maszą mistrzostwo w muffinach, czy nie opadło)

sobota, 07 listopada 2009

Jestem teraz na lekach, po których przejście z łóżka do komputera bywa krytycznie męczące (a nie chodzi tu o przejście z sypialni we wschodnim skrzydle pałacu przez trzy ciągi schodów i galerię przodków do zachodniego skrzydła i komputera w małym zimowym gabinecie, całkiem nie). Słowem, nie mam siły pisać ani nawet myśleć. Najczęściej jestem sobie.

Masza co jakiś czas dopytuje z troską: mamo, masz skurcze? i puka do brata, któremu nadała imię Krzyś; upomina więc Krzysia, by nie wyłaził za szybko, skoro umawialiśmy się na spotkanie przed Gwiazdką. Krzyś odpowiada żarliwie wypuczając lewą czy prawą stronę mamy brzuszka lub waląc w żebra.

Koty obsadzają mnie w łóżku z dwu stron, eskortują do łazienki i czynią co mogą, by rozweselić, na przykład o piątej rano. Kochane złotka.

Dom trzyma w garści Grześ i znosi smakołyki.
Grześ (dzwoni ze sklepu): To na co masz ochotę?
Ja: Eee...
Masza: Łososia!
Ja: Ale taki bałtycki łosoś to pewnie nałykał się zanieczyszczeń...
Grześ: Jest tu też łosoś z Kamczatki. To co wolisz? Bo tu w grę by wchodziły odpady atomowe.

If.