O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


piątek, 30 grudnia 2005

Grześ przyczołgał się z pracy późno. W progu przywitały go dwa koty i trzy worki pełne śmieci.

Grześ: Dobry wieczór... O, woreczki. Wynieść?

Ja: Kiedy chcesz. Niekoniecznie teraz.

Grześ: To zaraz wracam.

Ja: Super, super! Kolacji jeszcze nie ma. Ale może wodę ci nastawić?

Grześ: Na piwo? Nie, dziękuję.

Tu uwaga genetyczna (?) Kiedy Masza pierwszy raz poszła ze mną na nóżkach do sklepu, pierwsze kroki skierowała prosto do półek z piwem.

If.

czwartek, 29 grudnia 2005

Córeczka zasnęła. Oglądamy, wreszcie, "Zemstę Sithów". Na dwa rzuty, bo długa. I coś nudnawa. Efekty specjalne na małym ekranie tracą a fabułka... ech. Przynajmniej za pierwszym razem. Męczymy się za wierność.

 

Padme na porodówce

Ja: Taka cywilizacja, a oni nie wiedzą jak przyjmować poród. Na leżąco? Mają boczną grawitację?

Grześ: Cesarkę jej robią.

Ja: A, chyba, że tak. A co ona po szyję ubrana? Dzieci do piersi trzeba przystawić... (i tu zagłębiam się w fachowej ocenie inscenizacji i trochę we własnym wzruszeniu)

Po rekonstrukcji Anakina

Palpatine: Lordzie Vader, jeśli mnie słyszysz, odezwij się...

Grześ: Albo zastukaj trzy razy...

Ta ta ta ta... the end.

Ja: Rany... czy jestem za stara na starwarsy III?

Grześ: Czy mogę wreszcie włączyć Bolka i Lolka?

Beznadziejne...

If.

środa, 28 grudnia 2005

Zasłyszane w przelocie.

 

Masza: (wskazując coś gdzieś) Bjambadzia!

Grześ: Hm? O co chodzi?

Masza: (powoli i wyraźnie, jak do głuchego) BJAM-BA-DZIA.

 

If.

wtorek, 27 grudnia 2005

Upłynęły, jak teraz widzę, pogodnie i spokojnie. Dziewięć osób na wieczerzy. Brak, brak Babuni.

Maszeńka świeciła jak gwiazdeczka, zawsze dla wszystkich uprzejma. Nie stłukła ani szklaneczki, ani talerzyczka. Ani bombeczki. Większość potłukła się dopiero wtedy, gdy pierwszego dnia Świąt Maks (_ruchliwy_ i _duży_ pieseczek moich rodziców) potrącił choinkę i runęła: szuuu din din BARP szaaa din din din

Dawno nie widzieliśmy tak ślicznej katastrofy, a z szufelki na cały pokój zaświeciła polarna zorza...

If.

piątek, 23 grudnia 2005

Ciemny poranek. Dużo zdenerwowania i nawet łez kosztowało mnie nagłe zniknięcie telefonu. Stacjonarny od dawna nie działa, Grześ wyszedł do pracy, a ja pozostałam w rozbabranym mieszkaniu z kilkunastu zadaniami do wykonania, niewyspana i obolała, z uczuciem odcięcia od świata, które mnie omal doprowadziło w gościnne progi domu bez klamek. Panika, samotność, jakiś stan nienormalny, trzeba się opanować, jak? Zorganizowane poszukiwania dały dużo zabawy (Masza: tu? Ja: Córeczko, nie szukam misia, litości. Masza: Nie ma, nie ma... Tu? Nie ma, mamma, nie ma.) lecz żadnego odnalezionego telefonu. Nie mogę sama do siebie zadzwonić i tropić po wibracjach, nie ma  kogo prosić o tę przysługę; internet pomógł w doraźnych sprawach, a ja drogą logicznego myślenia doszłam do tylko jednego wniosku: należy się cieszyć, że nikt nie będzie przeszkadzał. Super!

To do roboty, póki Maszeńka śpi! Zaczynam od dobrej kawy z lekturą. Może się uda.

Życzenia świętego spokoju ducha składamy...

If.  i  Grześ z córeczką

 

środa, 21 grudnia 2005

Mufinki zawdzięczam przyjaciołom. Jesteście genialni. Specjalna forma z Ikei oraz książka z serii Le Cordon Bleu - kuchnia domowa od Was to jeden z prezentów mego życia. Rzecz jest pycha, przygotowuje się szybko; masz człowieku szerokie pole do kreacji i improwizacji, no i ważne, trzeba się spektakularnie postarać, by mufinki nie wyszły... Książka zabagrana jest wpisami rzeczowymi i sentymentalnymi zarazem(„28.03.05, Wielkanoc. Zioła prowansalskie plus czarne oliwki przekrojone na pół – pycha pod barszczyk czerwony!” do mufinek z rozmarynem i parmezanem; albo: „Nie ma nieszczęścia, gdy się daktyle i cukier wrzuci prosto w mąkę, zamiast podgrzewać z miodem. 3.08.05.” I jeszcze: „Zamiast skórki świeżej pomarańczy kandyzowana. Fajne. Ale uwaga na dżem, kwaskowy byłby ciekawszy. 11.03.05, przed kolejnym tradycyjnym ochlajem” – przy mufinkach z pomarańczą i makiem. )

Wspomniane wcześniej, znakomicie udane, to były mufinki improwizowane. Proporcje z przepisu „Mufinki z muesli”.

150 g mąki 75 g mąki razowej

1 łyżeczka proszku do pieczenia

ćwierć łyżeczki soli (oni każą szczyptę)

salaterka ziaren słonecznika i dyni oraz tych mięciutkich, żółtych rodzynek (sułtańskie?)

kilka łyżek pokrojonych w paski suszonych moreli

jak wpadnie orzeszek nerkowca niejeden – też dobrze

120 g brązowego cukru (ja używam demerara i jest świetny)

250 ml mleka (lub trochę więcej)

2 jajka

100 g stopionego masła (lub troszkę więcej)

Rozgrzać piekarnik do 210 stopni, formę na 12 mufinek posmarować masłem lub olejem. Do miski przesiać mąkę (dorzucić plewy z sita), proszek do pieczenia, sól, nasionka, cukier. Zamieszać, zrobić dołek. Jaja ubić z mlekiem, wlać do dołka wraz ze stopionym masłem.

Niedbale połączyć łyżką, nie mieszać za długo, ciasto ma być grudkowate.

Wkładać łyżką do formy. Moje ciasto wtedy było dość rzadkie, za to po upieczeniu wilgotne, a boki kruche...

Wierzch można posypać czymś dobrym albo włożyć w środek po połowie suszonej śliwki.  

W przepisie podają 100 g uprażonych muesli, ale obok widzę wyrafinowany dopisek: "uwaga na dodatki smakowe i zapachowe w gotowych mieszankach muesli - pospolitują smak. 27.02.05"...

W piecu trzymamy 20 minut.

Zamiast ziaren można dać kandyzowany imbir lub orzechy włoskie oraz dodatkowo przyprawę do piernika – i mamy wersję świąteczną. Na wierzch po upieczeniu dajemy czekoladową polewę, bądź przed upieczeniem do każdej mufinki wciskamy przełamany kawałek czekolady.

Szczególnie dobrze smakuje przypieczona czekolada biała. I lekko perwersyjnie z powodu skojarzeń; patrz "Klaudyna w Paryżu" i "Klaudyna odchodzi".

Za liczne rozkoszne inspiracje dziękuję Mufinmasterowi Kasicy!

If.

sobota, 17 grudnia 2005

Grześ i Maszeńka przeglądają książkę o warzywach i owadach, ostatnio wysoko w rankingu. Ja piekę muffiny... tak tylko o tym wspominam, bo wyjątkowo się dobre udały.

Masza: (wertuje książkę i dojeżdża do ulubionych ilustracji) Tu! Babagrft.

Grześ: Babogryf? Może. Ziemniaczek i stonka.

Masza: (nie podejmując polemiki) Tu! Kokoo.

Grześ: Gdzie tu kura? Kura robi ko-ko.

Ja: (znad ciasta) Kokoo to motyl, a koo to kapusta.

Grześ: A, jasne. A tu mrówka jak żywa! Powiedz: mrówka.

Masza: Mu-kaa. Mu-kaa!

Grześ: Brawo! Świetnie ci idzie, córeczko! Dalej... dalej mamy eskalację. Powiedz „chrabąszcz”

If.

środa, 14 grudnia 2005

Wieczór. Czekamy na Tatę (coraz później do domu wraca), niemrawo bawiąc się klockami i przeglądając elementarz. Ja zmęczona. Potrzebuję wsparcia; wyjmuję z lodówki piwo karmelowe - zimne bąbelki wspierają nie gorzej niż gorąca kawa. Po chwili...

Ja: Córeczko, zostaw, mama to pije laktacyjnie, a poza tym uzależniła się od paskudztwa.

Masza: Da, mamma, mamma, da!

Ja: Malutka, nie mogę, toż to piwo!

Masza: (z błyskiem przypomnienia) TATA!!!

If.

wtorek, 13 grudnia 2005

Grześ i Masza pluskają się w wannie, słychać jak woda występuje z brzegów i strasznie fajnie im. Ja przygotowuję mieszkanie do snu i zastanawiam się, czy mała zaśnie od razu? Może od razu, i wtedy sobie  coś we dwoje pooglądamy? Wreszcie...? Do filmu trochę wina i ten aromatyczny camembert, co robi atmosferę w lodówce… Mniam… Po trudnym dniu co, może komedię Machulskiego? … 

I w tym punkcie rozmyślań dobiega mnie okrzyk:

- Mydłem! Załatwimy cię mydłem!!!!

If.

poniedziałek, 12 grudnia 2005

Kiedy tata wychodzi do pracy?

Wtedy, gdy wyciąga zasilacz laptopa z kontaktu.

Masza zaczyna wtedy robić „pa, pa”

I na nic tłumaczenie, że dziś niedziela.

If.

 
1 , 2