O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


niedziela, 31 grudnia 2006

Pół Świąt spędziliśmy u Mamy Grzesia we Wrocławiu. Babcia Kazia, szybko skrócona przez Maszę do Kazia-Kazia, pasła nas jak gęsi czy inne nieszczęsne stworzenia na tucz, ale cóż, gdy mamy za mało żołądków. To tak na tłustym marginesie; chcę pisać o czymś innym.

Przed kolejnym posiłkiem wraz z Maszą nakrywamy do stołu. Rozłożyłyśmy sztućce, serwetki; wracam z kuchni z talerzami i zaintrygowana cofam się od progu.

Masza: ...gdzie schowała się Kazia-Kazia? (podnosi widelec) Pod widelciem nie ma... (podnosi nóż) O, tu też nie ma.

If.

wtorek, 19 grudnia 2006

Masza nie daje się wyciągnąć z wanny. Grześ wyciąga korek, woda ucieka, jak wiadomo, do morza. Masza bawi się do ostatniej kropli.

Grześ wyciąga dziecko z wanny, nim pokryje się gęsią skórką.

Masza: (rozdzierająco) Ale ja też chcę do morza!!!

If.

niedziela, 17 grudnia 2006

Znajomi nie mogą mieć dzieci. Po kilkuletnich staraniach spasowali, przyzwyczaili się do myśli o adopcji, rozważyli za i przeciw, podjęli wspólnie decyzję. W międzyczasie on stracił pracę, natomiast ona zawsze dobrze zarabiała jako tłumaczka z egzotycznego języka. Zaczęli od pewnego pewnego domu małego dziecka, gdzie przeprowadzono z nimi wstępną rozmowę. Pani pracuje, mąż zająłby się maleństwem na codzień? Nie. Ona ma wrócić z deklaracją, że rzuciła pracę i zajmie się dzieckiem, a on z dobrym angażem, wtedy będzie można ich w ogóle zarejestrować, bo tak jak jest to "niezdrowa sytuacja".

A był taki blog - czy nie "W każdym kątku po chłopczątku"? Gdzie bardzo dzielna dziewczyna opisywała koleje adopcji dziecka, prosto od mamy? Czy można zdobyć kontakt, by poprosić o radę? Widzę, że blog został zastrzeżony. Jeśli to ten.

If.

czwartek, 14 grudnia 2006

Razem z mamą Kuby i Kubą, Maszy wielkim kumplem - rówieśnikiem z podwórka, o którym muszę kiedyś napisać osobno, wychodzimy przez bramę na zewnątrz.

Mama Kuby: Kuba, poczekaj, Masza wyjdzie pierwsza, bo ona jest dziewczynką.

Masza: Nie jestem dziedynką, jestem Maszą.

If.

wtorek, 12 grudnia 2006

Chusta do noszenia niemowlęcia niemieckiej firmy Hoppediz, tzw. długa (ponad cztery metry), kolorowa, z kieszonką, splot diagonalny, Ekotest, udźwig ponad 600 kilogramów... I ile radości!!!! Kupiłam ją niedawno, czyli zbyt późno, by nosić piętnaście kilo Maszy przy piersi i jednocześnie gotować pożywne obiadki. Ale: mogę te piętnaście kilo nosić na plecach! Ale: chusta świetnie przykryła łóżeczko, przez co dziecko zyskało wspaniały domek! Jutro wypróbujemy też zawiązanie chusty jak hamaka. Załączony podręcznik pokazuje mnóstwo sposobów noszenia dzieci na różnych etapach rozwoju - i to w sposób zrozumiały dla mnie, człowieka z problemem węzełkowym.

Ja tylko tak. Chciałam wyrazić radość z posiadania chusty. Dziękuję Ci, Katka!

Wieczorem, ja: I nosiłam ją na plecach, i ciężar dzieciny rozkładał się bardzo sprawiedliwie na ramiona i biodra, i zrobiłyśmy domek, i jutro wypróbujemy hamak...
Grześ: A, rozumiem. Gdyby były jeszcze zapałki, zrobiłabyś helikopter?

Ale najważniejsze było wtedy, gdy pierwszy raz załadowałam dziecko w chuście na plecy, podciągnęłam, poprawiłam, zaciągnęłam płaski węzeł sprawdzając co chwila zdjęcia w instrukcji. Poczułam, że Masza mocno przylgnęła do mnie; wystawiła rączkę i głaskała mi włosy. "Kocham cię, mamusiu", chuchnęła i mało brakło, a spadłaby plackiem na ziemię, bo jej mama zadrżała, rozkleiła się i rozpłynęła.

If.

poniedziałek, 11 grudnia 2006

Masza ma swoje oswojone strachy i potwory, z którymi świetnie się czuje i drobiazgowo analizuje ich straszne cechy. We wczorajszej dobranocce Prosiaczek straszony był na Strychu. Potem całą kąpiel dziecko poświęciło omawianiu pewnych Potworów. A może jednego z nich.

Masza: (ze zmarszczonymi brwiami) I ten Potfól tak biegł i biegł, i miał NOGI...

Masza: I tak biegł, miał ZĘBY, tylko baldzo DUŻE, OGROMNE... I miał WŁOSY, miał takie LOĆKI i one były tylko dugie, i tak biegł...

Po pauzie, z wyrazem totalnej grozy na buzi (co zrobiło specjalne wrażenie, gdyż Masza z mokrymi włosami sczesanymi z czoła wygląda jak Marlon Brando w roli Ojca Chrzestnego) dodała:

Masza: Biegł, i był ZIEJONY...

If.

niedziela, 10 grudnia 2006

Ja: Córeczko, założyć ci skarpetkę? Sama założysz?

Masza: Sama! Ja umiem! (po kilku próbach) Jeście nie umiem jednak. Pomozieś?

---

Ja: Daj, pocałuję cię w nosek.

Masza: Nie, nie umieś.

Ja: E?! A kto umie?

Masza: Dziadzia, i Pacia umie.

---

Ja: ...dobrze, będziemy lepić, ale najpierw trzeba schować układankę do pudełka.

Masza: ... (spojrzenie zawieszone w oddali, nie słyszy)

Ja: Mam na myśli: włóż puzzle do pudełka, zanim się pogubią.

Masza: (nie siląc się na rozkładanie rączek czy inne obłudne gesty) Nie umiem. (idzie sobie)

If.

piątek, 08 grudnia 2006

Byłyśmy w środę z Maszą na imprezie mikołajkowej dla naszej przedszkolnej grupy adaptacyjnej. Gdy wszedł potężny pan w czerwonym, z wielką brodą, część najmłodszych dzieci wybuchnęła płaczem. Masza, którą od rana przygotowywałam na wygląd Mikołaja, upewniała się szeptem "ci to Miłołaj właśnie?"

Wielka broda zablokowała Mikołajowi możliwość mówienia. Spod białych loczków dobywało się bulgotanie, przekładana na nasz język przez ciocie przedszkolanki. Dzieci zaśpiewały, powiedziały chórem wierszyk, dostały prezenty, pudła z bardzo sensowanymi grami - puzzlami podłogowymi. Potem bawiły się bańkami mydlanymi i czym kto chciał. A tymczasem moją uwagę zwróciła nowa w grupie dziewczynka. Rodzice wołali na nią "Ela". O. Jakie miłe, zwyczajne imię! Magda, Ania, Małgosia to ostatnio rzadkość. Masza (czyli Maria - jest to jej drugie imię) w przedszkolu przyjaźni się z Klarą, Laurą i Julką, w grupie jest też Melisa, Ida, Kacper, Zuzia, Mieszko...
Po niedługim czasie okazało się, że mała ma na imię Nela, od Kornelia. Też ładnie. 
W ogóle mikołajowa impreza była fajna. A godny wspomnień okazał się nie prezent, lecz nieszczęsny Mikołaj poproszony o dmuchanie baniek mydlanych. "Bloda psieśkadza dmufać", zanalizowała Masza.

If.

niedziela, 03 grudnia 2006

Czuję się dobrą panią domu. Zrobiłam bowiem esencjonalny & pożywny rosół dla domowego szpitala, czyli zdrowiejącej Maszy i Grzesia z zapaleniem oskrzeli. Ja sama nie jem mięsa, ale musiałam zdrewniałą ręką przekroić nogę z biodrem tej nieszczęsnej kury. Cóż, i tak nie zmieściła się w garnku z kawałkiem wołowego i górą warzyw. Trzeba było wyjąć górę warzyw.

Grześ: Idę po dokładkę. (znad garnka) Mało tego rosołu.

Ja: Jeśli znasz sposób na pomieszczenie w pięciolitrowym garnku więcej niż pięć litrów wody, daj mi znać.

Grześ: Osobiście nie znam, ale serwis naszego samochodu zrobił taką sztukę z benzyną.

Ja: Jak? I czy da się wykorzystać w gastronomii?

Grześ: Chyba nie, ty mi nie wystawiasz faktury.

If.