O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


piątek, 30 marca 2007

Czasem człowiek lubi się poprzytulać, prawda?

Masza: Nie! Nie pytulajcie się!!!

Ja: Ale dlaczego, my się lubimy!

Masza (gorąco): Nienie, nie lubić się! Macie się kochać!!!!

If.

Jedziemy windą. Z pierwszego piętra na parter domu towarowego, po raz kolejny zresztą. Wsiada chłopak z personelu, włosy z tyłu bardzo długie, z przodu krótkie i postawione na żel.

Dla mnie git, ale Masza przygląda się jawnie. Po chwili pyta: To jest pan?

If.

piątek, 16 marca 2007

Masza: Hm, gdybym była kulą [kurą], znosiłabym jajka.

If.

wtorek, 06 marca 2007

Coś w typie tych z miłych dialogów, którymi wymieniają się mamy w parkach i na placach zabaw... Podpowiedź: "kudeczka" to "książeczka".

Masza (wertując moją książkę): I wtedy ten piesek... (przerywa i zaczyna biegać na czworakach jak piesek, z książką w zębach)

Ja: Co ty wyrabiasz?

Masza: Ja ci wyrabiam kudeczkę.

If.

poniedziałek, 05 marca 2007

Masza śpi. Masza chora i ja chora. Czekam do północy, by zmierzyć dziecku temperaturę i podać Nurofen. A tymczasem, jako, że się natychmiast daję wciągać we wszystko - nic prostszego, pociągam łańcuszek :)

Wywołana przez Smoczną Mamę i Ingutkę (dziękuję ;-)) podaję oto pierwsze z brzegu pięć faktów z mego życia, nieznanych dotąd blogowej społeczności... co tu wybrać z bogatego materiału... czytają mnie tu znajomi, co wszystko chyba o mnie wiedzą... no, dobrze, nie ma co męczyć pamięci, biorę co na myśl przychodzi, chaotycznie i z pominięciem tematów "Libia w moim życiu" i  "Japonia w moim życiu".

1. Uwielbiam chodzić do kina. Ale miałam okres takiego młyna w życiu, że szłam do kina i ze zmęczenia zasypiałam. Na przykład na mym ulubionym filmie "Snatch" (po polsku tytuł przetłumaczono chyba "Przekręt" - świetny film, jak można na nim zasnąć?) Moim szczytowym osiągnięciem jest zapadnięcie w sen na premierze Matriksa.

2. Lubię wspominać pewien imprezowy czas na studiach, kolegę przebranego za Hankę Ordonównę, drugiego w trumiennym garniturze swego taty (to jest, garnitur był przechowywany w szafie na tę okazję. Garnitur czarny z grępliny - grempliny? -  i z zapachem naftaliny) Ten pierwszy kolega słynął z dobrych przebrań. Gdy kiedyś przebrał się na szkolnym balu przebierańców za ekshibicjonistę, zakłady szły: prawdziwe? atrapa? futerał?...
Ale chyba miałam o sobie. Cóż, w swoim czasie słynęłam jako organizator imprez z tematem. Teraz stałam się monotematyczna (patrz tytuł bloga), ale nie tracę nadziei na ponowne uruchomienie talentów.

3. Kiedy ja miałam koło 8 lat a brat koło 14, spędzaliśmy razem wakacje u Babci. Porządna, prawdziwa wieś, studnia, pokrzywy, maliny, kury, koń, krowy, stodoła z sąsiekiem do skakania. Raj. Nastawialiśmy budzik na północ i chodziliśmy z psem Reksem polować na szczury. Czarna noc, prawdziwie czarna, nie rozwodniona i pomarańczowa jak w mieście; dzwoniąca w uszach cisza, nagłe światło latarki, i z chlewika rzucał się wzdłuż ściany szczur wielki jak kot, Reks cicho za nim, nad nami rozgwieżdżone niebo i gdakanie zbudzonego drobiu.

4. W wieku okołodwuletnim mama prowadziła mnie na smyczy, bo uciekałam. W wieku okołotrzyletnim ukradłam sprzed sklepu dziecko z wózkiem. Czasy były kolejkowe, moja mama na chwilę odwróciła uwagę, gdy rozległ się wrzask "jezu, dziecko mi ukradli!", a ja tymczasem znikałam w perspektywie skweru, ledwo widoczna zza wózka...

5. Miałam w życiu szczęście do ciekawych ludzi, niesamowitych spotkań w samolotach, a także do zetknięć z wariatami, z czego raz, w Rzymie, gdzie moja noga już nie postanie, uciekałam z jadącej taksówki, jak w filmie. Z przyjemnych - do dziś z przyjemnością wspominam lot z japońskim "rzeźbiarzem dźwięku" mieszkającym w Barcelonie. Inny lot obficie zapijany polską mrożoną wódką, z chłopakiem, który uciekł przez zieloną granicę do Stanów i teraz pierwszy raz po prawie dziesięciu latach miał zobaczyć ojca, matkę i braci, i bał się, czy go nie aresztują od razu... I oczekiwanie na lotnisku Schiphol, ja leciałam do Osaki, a on - nie wiem gdzie. Zapomniałam przepisać niesamowicie brzmiącej destynacji. On był prawdziwym mężczyzną. Małomówny. Blizna na ręku i policzku. Ciemny, opalony, kruczowłosy, niesamowicie zgrabny, w sztylpach i świetnych, starych butach z krokodyla. Nie mówił po angielsku, francusku, włosku ani japońsku, innych języków nie znam. Nie rozpoznałam języka czy narzecza, w jakim mówił. Rozmawialiśmy każdy po swojemu, długo i w spokojnym porozumieniu ponadlingwistycznym. Częstował czekoladkami After Eight. Miałam nadzieję, że są nasączone koką i będziemy mieli niezapomniany odjazd (a mogłam sobie pozytywnie marzyć, bo nigdy nie próbowałam narkotyków i nie słyszałam wtedy jeszcze o porwaniach na przeszczepy). W pewnej chwili na tablicy odlotów zaświeciła się ta niesamowicie brzmiąca nazwa i macho pożegnał się, i odszedł z przewieszonym przez plecy starym plecakiem, z tymi świetnymi biodrami, ech.

To ja teraz z dreszczykiem oczekiwania wywołuję aaanię, Monikę-Kelly, Kasię, Ellę i kogo jeszcze...? Widzę, że Monstermama jeszcze nie wciągnięta :-)

If.

czwartek, 01 marca 2007

1. Dziecko technokraty, zauważywszy słuchawkę bluetoothową po raz pierwszy na uchu mamy wie od razu do czego służy. Zabiera mamie mikroport, zakłada na ucho i zaczyna rozmawiać z Pacią.

2. Co rano dziecko technokraty i tata technokraty oglądają na ekranie laptopa pociągi. Wiem więc, skąd obwieszczenie, które Masza wygłosiła dziś wyglądając przez okno: Mamo, wiesz, shinkansen tu nie jeździ.

3. Jeszcze wcześniej, gdy maniacko oglądali samoloty, któregoś ranka dobiegł mnie okrzyk Grzesia: Słuchaj, ona odróżnia Boeinga 777 od 787!!!!

If. (chyba wiem, co to jest Boeing)