O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


czwartek, 24 kwietnia 2008

Jeszcze wracając do przedstawienia "Miś Tymoteusz i Psiuńcio": po powrocie do domu na zmianę gramy śpiącego Psiuńcia i Lisa kradnącego z cenne garnki, filiżanki i książeczki. Psiuńcio się budzi, łapie Lisa, zabiera mu worek i poucza, że tak nie wolno. Ale Masza wprowadza modyfikacje...

Modyfikacja I

Ja, czyli Lis: O, chyba wszyscy śpią... to ja sobie pozwolę zabrać ten garnek, i tę książeczkę... bo ja jestem biednym Liskiem i nie mam ani garnka, ani książki...

Masza, czyli Psiuńcio (przestaje głośno chrapać i zrywa się z kanapy): Nie wolno, Lisie, nikt ci nigdy nie powiedział? Jak nie masz swojego garnka to chodź, zamieszkaj z nami.

Modyfikacja II

Ja, czyli Psiuńcio: Ale spać mi się chce... ale co to, kto to?! Ratunku, ktoś nam kradnie garnek!!!

Masza, czyli Lis (wyciągając łapkę z torbą pełną garnków i filiżanek, zgarniętych przed chwilą): Proszę, to dla was. Ja jestem Dobrym Liskiem. To dla was od świętego Mikołaja!

If.
(moje złotko!)
środa, 23 kwietnia 2008

Jak napisał robmar w komentarzu do notki o "Misiu Tymoteuszu i Psiuńciu", wychowankowie mieli żal do Korczaka za przedstawianie świata ideału, przez co cierpieli, gdyż świat nie jest idealny. Spotyka się to z moimi codziennymi problamami. Biję się z myślami, w jaki sposób pomagać swemu dziecku, by w życiu poradziło sobie, by miało duże szanse na sukces (cokolwiek dla niego to będzie oznaczać). Jeśli nauczę dziecko empatii i wrażliwości, będzie cierpieć, gdyż na świecie jest wiele bólu, na który nie ma szybkiego lekarstwa. Jeśli tego nie zrobię, będę w niezgodzie z własnym sumieniem, ale zresztą i nie uważam, by człowiek twardy miał w życiu łatwiej. Jeśli ktoś wyrywa Maszy zabawkę, nie mówię "ależ oddaj chłopcu zabaweczkę", by nie nauczyła się bycia ofiarą. Ale też nie mówię "uderz, gdy cię ktoś uderzy", by nie zaakceptowała bicia. Mówię "nie pozwól się uderzyć" i z pewnością zapiszę ją we właściwym czasie na aikido, z nadzieją, że spodoba jej się. Albo na judo, karate, zobaczymy. Staram się znaleźć sposób i bezustannie mam wątpliwości, czy moja (i Grzesia) oceny i wybory są słuszne.

Chcę jej oszczędzić cierpień, ale przecież się nie da i nie powinno.

Widzę natomiast bardzo wyraźnie, że po pierwsze, wielu rodziców to dorośli zagubieni i nieprzygotowani do bycia wzorem i nauczycielem dla swoich dzieci, i że z niewielu stron dziecko może spodziewać się sensownej pomocy. Nieraz na placach zabaw widuję dzieci nazywane zwykle łobuzami, czyli dzieci, których nikt nie nauczył ani nie przekonał, że krzywdzenie, bicie, zabieranie jest złe i nie ma sensu. Ktoś tam na nie krzyczał, ale bez przekonania. A przecież ja sama zanotowałam kilka podwórkowych sukcesów wychowawczych - drobnych, ale jestem z nich dumna - dzieci nazywane łobuziakami przychodziły do Maszy i do mnie i bawiły się fajnie ("grzecznie"). Zależało im np. na pochwale, że oto właśnie zachowały się jak dobry kolega. Widać rzadko je dostają, a przecież nie można dostrzegać tylko złego zachowania! Ja ich szanowałam, oceniałam za konkretne zachowania i starałam się być sprawiedliwa i konsekwentna. Może to właśnie postawa ze świata idealnego, choć mnie wydaje się prosta jak drut. Pamiętam, jak te dzieci były zachwycone i jak im to było potrzebne! Każdy, kto zastosowałby te podstawowe sposoby osiągnąłby sukcesy, krok po kroku.

Tkwi też we mnie sprawa "kapciowania" w płockim (chyba) przedszkolu. Nie znam sprawy z bliska, opieram się na prasie i forach. Mama wniosła skargę na nauczycielkę, która straszyła dziecko biciem kapciem, zamykała w łazience i przywiązywała do krzesła. Dla mnie to brzmi jak pedagogiczna porażka, czyli stosowania metod wychowawczych sprzed lat. Ale najgorszy szok zafundowało forum. Na jedną z niewielu osób, które zwróciły uwagę na brak szacunku w postępowaniu wychowawczyni wsiedli, że na pewno wychowuje dzieci bezstresowow, bo jak dzieciak jest łobuzem, to niby co pani miała robić. Czyli większość wypowiadających się w tamtym wątku (kurczę pióro, nie mogę w tej chwili go odnaleźć) rodziców nie widzi nic dziwnego i poniżającego w biciu, straszeniu, zamykaniu i upokarzaniu (bo dziecko jest wstrętnym łobuzem, słowem, samo sobie winno). Traktują kilkulatka jak ukształtowaną osobę, a nie jak osobę w procesie kształtowania, która uczy się i sprawdza, co działa i jak. Skoro ani nauczyciele ani rodzice nie dają "niegrzecznemu dziecku" narzędzia do poradzenia sobie ze sobą, to kto? Czy pedagog nie powinien sobie zadać trudu, by sprawdzić, o co dziecku w ogóle chodzi, czemu zachowuje się w sposób szkodzący przedszkolnej społeczności?

Serce boli. Domyślam się, że pensje, że duża grupa, że sama pani pedagog miała krzyczących i zmęczonych rodziców, a na studiach czy kursach mówili o czym innym. Niechby poprzerywały się te błędne koła.

Przedszkolak potrzebuje know-how do życia, bo wszystkiego po kolei uczy się dopiero, zarówno trzymania łyżki jak i radzenia sobie z własnymi emocjami. Moja córeczka chyba jest zahartowana. Chodzi do publicznego przedszkola, gdzie jest 26 dzieci w grupie. Środowisko mieszane, od dzieci żulii śródmiejskiej (i szczęście, że w ogóle chodzą do rpzedszkola) po tzw. "dobre domy" z różnych dzielnic. Dzieci są różne, od Franka, który bije i pluje, przez Zuzię, która popycha, gryzie dzieci i mówi brzydkie słowa, Kacpra, który płacze z byle powodu, po najlepsze Maszyne przyjaciółki, z którymi się fajnie przyjaciółkują. Nie wiem, jak panie sobie radzą z Frankiem i Zuzią (próbowałam pytać, ale dowiedziałam się, że te i jeszcze troje "jest pod opieką psychologa". Psycholog ma dyżur raz w tygodniu, ale dobre i to...). Wracając - miałam sprawę, przyszłam w ciągu dnia do przedszkola i przypadkiem widziałam rekację pani Marioli na płacz Kacpra. Dzieci z dwu grup w rządku wracały z ogrodu do budynku, mały przewrócił się i rozpłakał.

Pani Mariola (z irytacją): No, ten to zawsze beczy!

Jak to dziecko ma przestać płakać, skoro nawet Pani potwierdza, że on zawsze beczy?

Drobna rzecz, ale już Kacper dostał na dalszą drogę życia minus. Cieszę się, że pani Mariola nie jest wychowawczynią Maszy, ale niestety możliwe, że nią będzie od września.

Ta sama pani Mariola niedawno miała dyżur i przez kilka dni z rzędu opiekowała się dziećmi, które po 16:30 gromadzą się w jednej sali. Pozostaje ich kilkanaście, ze wszystkich grup, Masza się na ten czas zawsze cieszy, bo spotyka starsze ulubione koleżanki.Tak jest przejęta, że nie zawsze zdąża do łazienki. I ja przez trzy dni odbierałam swoje dziecko zasiusiane, bo wstydziła się przyznać pani, że nie zdążyła do łazienki. Za pierwszym razem, gdy się przyznała i poprosiła o przyniesienie suchych rzeczy na zmianę z szatni (samej jej nie wolno wyjść z sali), pani głośno ją wyśmiała, że maluch. Masza ma mocne wsparcie w rodzicach i dziadkach, nie stało się nic strasznego, ale po co komu ten wstyd i upokorzenie? Znów minus.

Tak jest, ale czy tak musi być? Chciałabym, by jak najwięcej miejsc rozdawało dzieciom plusy, choćby teatr Baj!

If.

wtorek, 22 kwietnia 2008
Po raz drugi Masza oglądała w teatrze Baj przedstawienie "Miś Tymoteusz i Psiuńcio". Pierwszy raz widziała je chyba z półtora roku temu i całkiem podobało się.
Teraz - nie podobało się. Dlaczego Miś ma dostać lanie (i co to jest?) Dlaczego Tata Misia Tymoteusza ciągle krzyczy? I wcale nie wyjaśnia, czemu nie chce Pieska w domu? Zgadza się dopiero wtedy, gdy Piesek odzyskał skradzione przez Lisa: garnek, patelnię, zegar z kukułką, dwa słoiczki miodu.

Niestety, spektakl pokazuje dawniejszy wzorzec ojca. Tata Misia traktuje syna niegrzecznie i protekcjonalnie, każe mu robić różne rzeczy "bo tak", częściej krzyczy niż mówi, grozi biciem, kopie Psa. Chyba czasy się zmieniły - dzieci to jakoś nie bawiło i nie śmieszyło i chyba nie utożsamiały swych ojców z ojcem misia Tymoteusza. Masza na pewno nie, była zdziwiona i zasmucona.

Tak, czasy się zmieniły, a repertuar ten sam! Bilety rozchwytywane, sprzedano by ich dużo więcej, aktorzy fajni, ale grają w prastarych, obwisłych dekoracjach i w starych, niefajnych sztukach (Masza była z rok temu na jeszcze jednej, gdzie dzieci nibybawiono łapaniem bohaterki Myszki w pułapkę z gilotyną); w sztukach z wątpliwym morałem. Werbalny i niewerbalny przekaz Taty Misia Tymoteusza do Psiuńcia: "jak się zasłużysz, to cię przyjmę do domu, ale dalej będę cię kopał"
Smutna sprawa.

If.
wtorek, 15 kwietnia 2008

[tym razem Masza już śpi]


Grześ: Mówiłem ci, jaki sobie ustawiłem nowy dzwonek na ciebie?

Ja: Jaki?

Grześ: Posłuchaj.

Ja: Hm, dobre, z czymś mi kojarzy.

Grześ: Mumia II. Dokładnie ten kawałek, kiedy ta fajna laska walczy mieczem.

Ja: O?

Grześ: Tak mi do ciebie pasowało.

If.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Masza i Grześ w kąpieli zgłębiają subtelne różnice między kawałem a psikusem, ja przygotowuję pokój do spania i nasłuchuję.

Masza: A jak poleję wodą na podłogę?

Grześ: Tego nie wolno robić, wiesz sama, to nie będzie ani kawał ani psikus.

Masza: A jak poleję wodę na ciebie, chlup!!!

Grześ: To mi zrobiłaś psikusa! A ja na ciebie, chlust!

(kupa śmiechu i chlupotania)

Grześ: No, dobra, czas wyłazić z wanny.

Masza: A gdyby mama schowała nam ręczniki?

Grześ: No, to byłby psikus!

Masza: Albo ręcznikus!

If.

wtorek, 08 kwietnia 2008

Masza (bliska łez): Wypadną mi zęby?

Ja: Tak, wszystkim wypadają zęby mleczne, te, które masz teraz.

Masza: Jutro wypadną?

Ja: Nie, wiesz, raczej za kilka lat. Jak będziesz starszakiem, potem uczniem.

Masza: I nowe wyrosną?

Ja: Tak, wyrosną nowe, ładne ząbki!

Masza: Różowe?...

If.

sobota, 05 kwietnia 2008

Miasto rozkopane, przedłużająca się droga do przedszkola przez kolejne objazdy wymaga tłumaczeń.

Ja: Wiesz, dłużej jedziemy, bo korki.

Masza: Skąd korki?

Ja: Miejsca, gdzie się naprawia ulice, trzeba omijać. A czasem światła są źle ustawione...

Masza: Albo popsute...

Ja: Właśnie, albo co innego popsute... drogi popsute...

Masza (ze smutkiem): Albo dyrektor popsuty...

Nic dodać, nic ująć.

If.