O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


poniedziałek, 31 maja 2010

Spisałam sobie w prezencie, jak nazywa mnie Masza:

mama

mamcia

mamcik

mamciul

mami (czyli mummy)

mamusieńka

mamusieńkul

mamuch

mamuchul (chyba najbardziej pieszczotliwe)

mamiszcz (a może "mamistrz"?)


A Alex mówi "e-bu" i jestem pewna, że to o mnie.

If.

wtorek, 18 maja 2010

Masza, wprowadzana w tajniki nowej gry karcianej, radzi sobie świetnie, ale ma problem z zapamiętaniem jej nazwy.

Masza: Zagrajmy w... zagrajmy w... ka... ma... mago? malago?

Ja: Makao?

Masza (błyskawicznie i jakby z urazą): A ty do brata ciągle zamiast "syneczku" mówisz "Cymeczku".

If.

PS Dobrze, że Masza nie słyszała, jak wołam: Syneczku, Szuszunia, jedzonko...


piątek, 14 maja 2010

[spisane we wtorek]

Jak dzieci z Bullerbyn, tak i Masza ma swój tajny język, tak zwany gangan (skojarzenia z "Mrocznym widmem" na miejscu).

Masza kończy szalone tańce na piankowej macie w zwierzątka i woła: Bibiś! Gangan danbaś, bandubin.

To oznacza: poproszę picie.

Ja: Ganguś.

Czyli: Proszę bardzo, oto twoje picie, córeczko (gdyż ja w krótkim słowie potrafię zawrzeć obszerną treść).

Masza dyszy i dopija wodę. Alex nam towarzyszy na leżaczku-bujaczku i cieszy się całą dwuzębną buzią, uszczęśliwiony występem Maszy. Wcześniej odbył krótki a fascynujący seansik przed wirującą pralką, a jeszcze wcześniej spokojnie i z zainteresowaniem oglądał przedstawienie "A Great, Big Turnip", gdzie siostra wcieliła się w Kota; dzień pełen rozrywek! Patrzę na swoje dzieci i patrzę i dobrze mi. Prawdziwy moment perfekcji.

Ja (w końcu): I co, synku, fajnie siostrzyczka tańczyła przed tobą?

Gdy Alex płacze, wystarczy wezwać Maszę. Poskacze, zagada, zaśpiewa i mały zapomina o łzach, z zachwytem wpatrzony w swą czarodziejską siostrę.

Alex (ze wspomnianym wyżej zachwytem, wylewnie): Gilgu! gi, gi, aej, da gi. Gilgu! Uhu, e!

Masza: Może potańczę jeszcze?

Gilgu, odpowiadam w języku Alexa. Wszyscy lubimy się uczyć języków.

If.

wtorek, 11 maja 2010

W ramach lekcji angielskiego pani nauczycielka przygotowała z dziećmi przedstawienie "A Great, Big Turnip". O godzinie zero tłumnie stawili się rodzice, wystawili las rąk z aparatami, kamerami i komórkami i mnóstwo zachwyconych oczu. My z Alexem wystawiamy aparat i oczy w uprzywilejowanym, pierwszym rzędzie.

Wszystkie dzieci podskakują i trzęsą się z przejęcia. A jakie stroje! Stary Macdonald: sztruksy na szelki, kraciasta koszula (pod nią uformowany gospodarski brzuszek), szerokoskrzydły kapelusz i broda z waty. No i mnóstwo zwierzątek, niektóre poprzebierane tak pomysłowo, że szczęka opada. Masza zadaje szyku w stroju czarnego kota z białą muszką.

Nim zacznie ciągnąć rzepkę, Stary Macdonald przedstawia się, a po nim kolejno wszystkie zwierzęta z farmy. Masza pierwsza.

Masza: I am a cat. I live in a house. I like milk (baletowy ukłon i powrót na miejsce)

Kolega: I am a dog...  (kwestia, ukłon, wycofanie na miejsce. Kolega jest nieco zaambarasowany i przy siadaniu zlatuje mu psia maska)

Stary MacDonald (scenicznym szeptem): Ej ty, dog, morda ci spadła.

If.
poniedziałek, 10 maja 2010

Grześ (bawiąc się z Alexem, zachwycony): Ale mam mądrego synka!

Masza (natychmiast): I mądrą córeczkę?

Grześ: No jasne!

Masza: W ogóle to każdy jest mądry. No. Każdy ma swój styl mądrości.

If.

a dawniej...

Masza czteroletnia...

Masza trzyletnia...

Masza prawie trzyletnia

Masza dwuletnia


sobota, 08 maja 2010

Masza: Wiesz, mamo, bardzo mnie denerwuje, że nie znam smaku tych potraw, których nie lubię.

If.

czwartek, 06 maja 2010
Moje dwa złotka, czyli słowo o kotkach.



O Szuszuni...



i Cymeonie Maksymalnym.

Koty, przesunięte się w tył w kolejce do dopieszczania, przez pierwsze dni po przyjeździe ze szpitala Nowego zachowywały się cicho i uroczyście. Szuszunia głównie spała na kaloryferze i wzdychała przez sen, a noce zamiast przy moim policzku spędzała na dalekich peryferiach łóżka albo wręcz w sąsiednim pokoju. Cymeon łapał krótkie chwilki, gdy poruszałam się bez Aluszka i przytulał się pospiesznie, na zapas, oby zdążyć; wziął też w posiadanie kaloryfer przy łóżku, gdzie ja z małym odbywałam niekończące się tete a tete (czy raczej tete a mamelle).

Teraz są już do siebie podobne. Śpią przy mnie jak dawniej i łażą krok w krok jak dawniej. Szuszunia przyłazi nocami i budzi mnie z  drogocennego snu (Cymek gania ją o piątej rano. To taki sprytny sposób, bym wstała i dała wreszcie jeść, w związku z czym zaczęłam trzymać przy sobie spryskiwacz). Oba koty szybko zrozumiały wściekły gest "spadajcie stąd", używany nocą, gdy mały śpi obok mnie (czyli na dotychczasowej kocitrasie) i łukiem obchodzą malutki oddychający pagórek. Wymyśliły też przezabawną grę  "czy zdążę wbiec do zamykanego pokoju", gdzie ja usypiam Alexa i potrzebuję (wreszcie) spokoju, a dostaję ogon przesuwający się po nosie i mruczenie rozgłośne jak ruski budzik. W końcu podtrzymuję dziecko niewygodnie jedną ręką a drugą wygłaskuję futro.

W ten czas Masza z Cymkiem zbliżyli się nieco. Gdy w Sylwestra grzmiały strzały pochylała się opiekuńczo i tłumaczyła: Nie bój się, Cymeczku, to tylko Nowy Rok wystrzela. A on przytulał się i patrzył jej poważnie w oczy.

If.

sobota, 01 maja 2010

Właśnie dowiedziałam się, że umarła pani Stefania Grodzieńska, wielka miłość mego życia, wzór, dawca mądrości, przyjemności, lekkości, radości. Dziękuję za wszystko

"Urodził go niebieski ptak"

"Nie ma z czego się śmiać"

"Już nic nie muszę"

"Kłania się PRL"

"Kawałki męskie, żeńskie i nijakie"

"Wyznania chałturzystki"

wiele tomików z feletonami

i jeszcze coś (uwaga - dużo przy tym wylałam łez):
http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje39/text21p.htm

If.