O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


czwartek, 22 czerwca 2006

Migawka z długiego weekendu, spędzonego u rodziców na działce. Las, pyszne powietrze, woda. Dziecko wieczorem pada jak deszcz i leszcz. A wtedy my z moją mamą wyciągamy scrabble.

Mama: Szybko usnęła, co?

Ja: Błyskawicznie.

Mama: A gdzie śpi? Bo jeśli znów została w twoim łóżku, to ja się boję i znów w nocy nie zasnę, bo na pewno wstanie i zacznie schodzić ze schodów, a ty nic nie usłyszysz, Boże!

Ja: Mamo, spokojnie, usłyszałabym, poza tym ona śpi od ściany.

Mama: Ale teraz może obudzić się, zejść z łóżka i pójść do schodów, a my tu w kuchni nie usłyszymy!

Ja: No może i tak. Uwaga, układam "stupor".

Mama: To gdzie ją zostawiłaś? I znów mam same spółgłoski.

Ja: (nieprzytomnie) W dużym łóżku. Dobra, pójdę ją przełożyć.

Wracam po długiej chwili, trzymając się za serce.

Ja: Mamo, idę na górkę, patrzę na łóżko, łóżko puste, dziecka nie ma. Zawał na miejscu, bo obok łóżka też nie ma... i pod łóżkiem nie ma!

Mama: (śmiertelnie blada) A... a...

Ja: Po prostu zapomniałam, że zostawiłam dziecko bezpiecznie w jej łóżeczku. Śpi sobie spokojnie.

If.

środa, 21 czerwca 2006

Po kąpieli małej Grześ pyta z błyszczącymi oczami:

Grześ: Czy wiesz, kiedy czytaliśmy tę książeczkę o psiakach - przedszkolakach, Masza zobaczyła tory i spytała, co to, i jej powiedziałem, że po takich torach pociąg jedzie!

Ja: Acha. Ale chyba jest ciąg dalszy?

Grześ: Pewnie. Spytałem, czy by chciała coś takiego i powiedziała, że tak. Czyli  JUTRO IDĘ KUPIĆ KOLEJKĘ!!!

If.

piątek, 09 czerwca 2006

Grześ przyszedł do domu akurat na mecz. Migiem zjadł kolację i nie odrywając oczu od książki przeszedł przed telewizor, za to już z kuflem w ręku. "Ja tak z obowiązku", wyjaśnił. Że piwo mimo antybiotyków czy że mecz ogląda? Nie wiem.

Zaczęło się 10 minut temu, a Grześ już trzy razy się śmiał żałobnie.

Ja: O co chodzi?

Grześ: Ja już chyba widziałem ten mecz.

If.

czwartek, 08 czerwca 2006

Myśleć i mieć nosa!
Oto przepis na: jeden, odstawienie Maszy od piersi.
Dwa: nauczenie jej, że po kąpieli się zasypia kolorowo, zamiast wyłazić na zabawy dopóki rodzice się nie wyczerpią i też nie pójdą spać.

Pierwszy wyczyn już za mną, trwał wszystkiego trzy dni i spontanicznie wykorzystał zmęczenie dziecka po całych dniach fikołków i spacerków z Pacią i Dziadzią. Zasypiała już w samochodzie... Inna rzecz, że drobnymi kroczkami zmniejszałam intensywność karmienia, to już była głównie nasza bliskość i dwa łyki - ale bardzo wiążące. Pierwszego dnia Masza wykrzykiwała "Nie mam! nie mam!!!" nie umiała powiedzieć, czego... zmęczenie zwyciężało i nie mając, zasypiała. A po trzech dniach zapomniała, czego nie miała. Trochę potęskniwam - ale co za wolność! Wina dajcie!

Drugi sukces jeszcze niegotowy. Wczoraj, niespodziewanie dla siebie samej, rozpoczęłam akcję zmiany rytuału, wykorzystując Maszy zaziębienie i ciągły brak snu w dzień. Dziś zasnęła w sześć minut, przy bajce o dziewczynce, co miała kotka czarnego w białych skarpetkach, i w dzień się bawili, a wieczorem poszli razem spać.... dziękuję, Mamo, za podpowiedź - przecież, że bajka musi działać... no, i u małej oczy maleńkie, ale jeszcze buntowniczo mówi "tam! tam!" pokazując na drzwi.
I zasypia, a ja długo jeszcze nie mogę odejść od ciepłego, posapującego dziecka, trzymającego mnie za rękę. Moja, moja, moja maleńka. Mu mu mama, mówiła mi dziś.

If.

poniedziałek, 05 czerwca 2006

Koniec kąpieli. Grześ nachyla się nad wanną, by wyjąć Maszę, a wtedy w wodzie zanurzają się końce ręcznika. Przekłada dziecko na przewijak i okazuje się, że mała trzyma w łapce kubek, a w nim akurat tyle wody, by zrobić ziuu! węża na drugi ręcznik i niżej na wszystko co nisko. Rzucam się z wanny do pomocy. Ale nietypowo, bo sama też ociekam wodą. Zawracam, trzeba się wytrzeć. Nie mam czym. Toć zaczęłam od tego, że swym ręcznikiem rzuciłam w kałużę.

Grześ: Leć po suchy ręcznik dla małej!

Ja: Mokra jestem.

Grześ: Mam Maszę wysłać? Weź mój ręcznik.

Ja: (z całkowitym spokojem) Wpadł do wanny.

Grześ: Ty tak specjalnie, co?

If.

niedziela, 04 czerwca 2006

Masza: Mama, co to?

Ja: Kwiatek.

Masza: Tak.

Ja: Cieszę się, że zgadłam.

Masza ostatnio przepytuje mnie z Rzeczy. Trawka, listek, klocek - muszę znać wszystkie nazwy. I łamać łebek, by nie nazwać tej samej Rzeczy inną nazwą; nawet jeśli ona prawidłowa jest w moim mniemaniu, Masza jej nie uznaje. Chodzi o zbiory i podzbiory nazw. Pokazany zielony szczątek urwany ukradkiem z którejś z moich ulubionych, troskliwie podlewanych rabat balkonowych, to listek, pączek, łodyżka czy roślinka? 

If.