O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


sobota, 29 lipca 2006

Masza lubi zwierzęta - wprawdzie z jednym z naszych kotów ma wiecznie na pieńku (a drugi ma krzyż z nią), ale jednak nie mamy w domu krów (mu!), koników (aja-aja! Prócz jednego polnego na balkonie) ani żyrafy. Chętnie dałabym dziecku niezapomniane kilkuletnie wakacje... może na Korfu, jak Durrell, mój ulubiony? Albo w te okolice, które opisywał Douglas Adams ("Ostatnia okazja, by ujrzeć" - polecam absolutnie); słowem tam, gdzie jeszcze dużo przyrody a mało spalin?  I jak miło, że przy okazji spełniłoby się moje marzenie.

Tymczasem bawimy się zoolotkiem. To moje genialne trafienie w dział zabawek Merlina. Mamy sześć kart-tabelek, na każdej sześć zdjęć zwierząt lub roślin. Roślin kilka - jabłuszka, truskawki, słoneczniki. Zwierzęta idealnie pod Maszę - konie, jagnięta, rysie, psy, kaczuszki, cielaczki. Mamy też małe kartoniki z pojedynczymi zdjęciami i musimy znaleźć identyczne na tabelce - zabawa zaczęła się już od odrywania małych kartoników ze zbiorczych plansz. Po dwóch dniach dziecko zna dobrze pięć kart z tabelkami. (gdyż tę szóstą trzymam na specjalną okazję). Nauczyło się też precyzyjnego układania tych małych karteczek na miejscu.

Drugie genialne trafienie to puzzle z Teletubisiami. Są cztery układanki, na dwa, din, cztery, pięć elementów. Układa się, cóż, cztery Teletubki zamiast na przykład żyrafy, żbika, dziobaka i albatrosa, ale nauka i zabawa przednia. Nie ma róży bez ognia.

If.

czwartek, 27 lipca 2006

Często muszę znajdować w sobie talent łamacza szyfrów. Chwilę pomyślałam i wiem, że Masza umie liczyć do trzech! Weźmy takie brum-brumy.

Ja: Patrz, samochody.

Masza: Brum-brum! Ciajni brum-brum! Din.

Albo weźmy kółka. Kółko, ciajni kółko, din kółka.
Córeczko, ile tu kółek? Din.

Nic to w porównaniu z kolegą Maszy z podwórka, który wymawia tylko końcówki wyrazów. Na przykład "daj" to "...aj". A weźmy taki "księżyc". "Księżyc" to "...c".

If.

wtorek, 25 lipca 2006

Urlop w połowie spędzamy u rodziców, na łonie lasu, rzeczki, dojrzewających malin i borówek kanadyjskich (w sklepach zwanych amerykańską jagodą).

Wieczorami - scrabble.

Ja: Dziś nie poszło, wczoraj przegrałam...

Grześ: Wczoraj wygrałaś. Ja przerżnąłem.

Mama: Tak, tak, Grześ wczoraj przegrał.

Ja: Faktycznie, wczoraj przerżnął.

Mama: Takich rzeczy się nie zapomina.

Do rzeczy niezapomnianych należy zaliczyć też nagły koniec naszego urlopu. Moja własna rodzina wzięła się za ścinanie drzewa. Drzewo padło. Nam na samochód. Who wants to touch me? :-)

If.

wtorek, 18 lipca 2006

Masza stoi przed miseczką czereśni. My z Anią gadamy, niespecjalnie wnikając w dziecka łakomstwo.

Grześ: O, mała je czereśnie?

My: Tak.

Grześ: Ale z pestkami?

My: Eee, chyba tak.

Grześ: Przecież nie powinna. Córeczko, wiesz, ja ci powyjmuję pestki. DAJ. Słuchajcie, te pestki to są wyjmowalne? Masza, musisz poczekać. Zaraz. ZARAZ.

Grześ: A jedz jak chcesz.

If.

poniedziałek, 17 lipca 2006

Masza: Mama, nie ma kupy, nie ma kupy!

Ja: Nie ma? (uchylam pieluszkę) Nie ma tego, co tu widzę?

Grześ: Może ona mówi "nie ma" w trybie rozkazującym? Czyli zawsze, kiedy jest kupa?

Ja: Może? Bo tu jest kupa.

Masza: (gorąco) Nie ma kupy, nie ma kupy.

Ja:  A to?

Zdejmuję dziecku pieluszkę i ujawniam wnętrze.

Masza: O! KUPA! (przeogromne zdziwienie)

If.

niedziela, 16 lipca 2006

Wracamy z krótkiego wypoczynku u na działce rodziców w lesie; wracamy z Arkadii, jak mówi Ania, która była z nami. Po drodze przypominamy sobie , jakich Masza słów ostatnio się nauczyła - codziennie dochodzi kilka.

Ja: Dziś rano powtórzyła za Anią "panna".

Grześ: "Kapcie".

Ania: Kawa, mówiła "kawa"!

Ja: Mówi raczej "kała" niż "kawa"... Jeszcze kamienie i piesio. Prawda? Wrzucałyśmy kamienie do rzeki?

Masza: Kamiemie! Piesjo! Kapcije!

Ania: A jak jej idzie japoński?

Ja: Eee, chyba powoli.

Masza: Kała!

Ania (prędziutko) Właśnie, widzicie? Przejeżdżamy przez rzekę i dziecko mówi "kała"*, zgadza się!

If.

* kała, w prawidłowej transkrypcji: kawa, to po japońsku "rzeka"

poniedziałek, 03 lipca 2006

Kilka chwilek:

1. Po zakupie stosu prasy w Relayu dostałam od firmy w prezencie buteleczkę herbaty brzoskwiniowej. Przyzwyczajona, że moje dziecko wciąż dostaje jakieś fanty - a to długopis od pani na poczcie, a to lizaka w kiosku - odpowiadam serdecznie: dziękujemy, dziękujemy. Tyle, że sama jestem, dziecko z babcią.

2. Masza wchodząc do domu woła rezolutnie: Cieś, kotki! Sama to wymyśliła, bo przecież ja nigdy nie mówię "cześć", ale: dzień dobry, kotki, już jesteśmy.

3. Masza czasem woła "cieś!" i wita się serdecznie sama z sobą, podając prawą rękę swej lewej ręce.

4. Nie zauważyłam, że przygotowawszy picie w kubku z dzióbkiem podaję je naturalnym ruchem do ust Grzesiowi, minąwszy dziecko w wysokim krzesełku.

5. Poganiana cokolwiek przez Grzesia szykuję spacerową torbę Maszy. Płyn na komary itd - wszystko jest; nalałam wody do niekapka i natychmiast straciłam go z oczu.

Ja: Grzesiu, zamiast stać, pomóż znaleźć ten guberfisz kubek!!

Grześ: Dobra. Mogę pokręcić się w kółko i udawać, że jestem spostrzegawczy.

If.