O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


czwartek, 31 lipca 2008

1. Jak sobie załatwić telefon

Masza: Czy mogę?

Babcia: Tak!

[ i w ten sposób Babcia straciła komórkę. Masza włożyła ją sobie do torebeczki, tamże fenistil i paczka chusteczek; torebeczkę nosi w gości i na wycieczki. Odcięta od świata Babcia musi telefon pożyczać od Maszy lub Dziadzi]

2. Jak się rozmawia

Masza: Halo, wiesz, my z Maćkiem teraz rysujemy. Paa!

[po kilku minutach kolejne połączenie]

Masza: Mamo, powiem ci wierszyk. Wpadła gruszka do fartuszka, za nią wpadła druga gruszka, a jedna wpaść niechciałaboniedojrzała cha cha cha! Mamo, jedziemy do wujka Bodzia, tam są kotki i będziemy je karmić. Paa! Pamiętaj, żeby po pracy iść spać.

[następnego dnia]

Masza: Dzień dobry, mamo Poczta Głosowa!

[następnego dnia]

Masza: No to ile jeszcze tych nocek? trzy? Dobra, no to paa!

If.


środa, 30 lipca 2008

Masza na działce. Babcia Wisia wpadła na pomysł zorganizowania Działkowego Przedszkola i ten wabik pokonał wątpliwości dziecka co do braku mamy i taty w pobliżu przez sześć nocek. Bawią się świetnie.

My z Grzesiem natomiast mamy Dużo Wolnego Czasu!

W poniedziałek przygotowałam sobie wieczorem stanowisko prasowalnicze, do którego prócz deski, żelazka i stosu odzieży potrzebne mi są dwa artefakty: nyeco czerwonego wina i płyta dvd z ciekawym czymś, a zwykle też późna pora nocna. Deska gotowa, żelazko obok, niewłączone. Płyta niezałożona. Stoję i coś mnie gryzie.

Ja: Grzesiu, która godzina?

Grześ: Wpół do ósmej.

Ja: Za wcześnie.

Grześ: ?

Ja: ?

Ja (po chwili, w olśnieniu): Zaraz, przecież nie mam nic do roboty, małej nie ma w domu! Ja mogę prasować już!!!

If.

Masza w sobotę pojechała z dziadkami na działkę, a rodzice w ten sposób dostali kompletnie wolną niedzielę oraz sobotę wieczór, imieniny Anny :) Tak wymyśliliśmy, nie tylko z powodu Anny, ale by nie pozostawiać dziecka na działce - po prostu pojechała z dziadkami i naturalna rzecz, że rodziców nie ma. Pierwszy raz tak długo bez nas. Tydzień. Mnóstwo myśli fruwa na trasie Dom - Domek. Ale jak dotąd, na psa urok, tylko tego pierwszego dnia miała przy zasypianiu większe problemy z tęsknotą do mamy.

Z relacji Babci: Troszkę popłakiwała, a ja wyjaśniałam, że tym razem mama nie może być z nią na działce na sześć nocek, że musi pracować. Na to mała siada na łóżku i mówi: to skandal, że mama musi iść do pracy w niedzielę.

If.

piątek, 25 lipca 2008

Masza dziś rano za nic nie chciała się wyguzdrać. Wstawanie z łóżka, ubieranie, te rzeczy przerastały jej możliwości i była w stanie właściwie tylko pić oraz chować się i nagle wyskakiwać z kryjówki, wywołując nadzwyczajne zaskoczenie Babci Kazi. Babcia przyjechała do nas akurat na kilka dni. Bawią się świetnie. Masza zadysponowała scenariusz i teraz z różnych kątów mieszkania dobiegają okrzyki Babci poszukującej błyskawicznie przemieszczającej się pomiędzy kryjówkami wnusi: "przed chwilą tu była!", "tu jej wcale nie ma!" oraz "a to dopiero!"

Ja: Córeczko, a może nie pójdziesz dziś do przedszkola tylko z Babcią zostaniesz?

Grześ: Ale nie ma chleba i masła.

Babcia Kazia: To przecież wyszłybyśmy na zakupy...

Grześ: Nie radziłbym. Masz za słaby czas do setki.

If.

Masza (i wszyscy jej koledzy) mają przeogromny ubaw z żartów abstrakcyjnych opartych na zamianie. Na przykład łapią się wzajemnie za kucyki bądź czapki z daszkiem i wołają: to nie ja, to drzewo!!! Aaa cha-cha-chaaaaaa!!! Zamiast mnie drzewo złapało, drzewo! Albo: gdzie jesteś? w żarówce! aaa-cha-cha-cha!!!! Pękają ze śmiechu.

Ja: Kto wylał wodę?

Masza: To nie ja, to ściana!

Masza: Kto mi zabrał kubek??

Ja: To nie ja, to spodnie!

Razem: Aaaa-cha-cha-cha!!


Wczoraj Masza w trakcie obiadu podeszła do okna. Wraca i krzyczy: kto mi zjadł obiad?

Ja: Tyle zostawiłaś na talerzu.

Grześ (życzliwie): Podejrzewałbym sufit.

If.


czwartek, 24 lipca 2008

Masza zaczyna zdradzać tę polską cechę narodową, która wykształciła się podczas wieloletnich zaborów i okupacji. Jest nią kombinatorstwo, cecha wskazująca na stałe używanie mózgu, ale w czasach pokoju na wątpliwą moralność.

Niedawno z przedszkola odbierała ją Babcia Wisia. U nas jest tak, że dzwoni się do sali interfonem (czy jak nazwać taki wewnętrzny domofon), informuje kto przyszedł i po kogo, i dziecko wychodzi. Ciocia musiała pomylić się i oznajmiła mamę, a że na dole czekała Babcia, Masza zdenerwowała się i postanowiła czekać na osobę oznajmioną.

Babcia Wisia: Ale to potrwa, zanim mama skończy pracę i przyjdzie tutaj! Będziesz tak w szatni siedzieć?

Masza (z chytrym błyskiem): Nie, już wiem. Wrócę na górę i powiem cioci, że to była pomyłka i wcale że nikt po mnie nie przyszedł!

If.


Nasza rodzina jest nieźle wyposażona w zdolności językowe, ale nie wiem, czy wiara Maszy w nas nie jest zbyt wielka. Oddaję głos Grzesiowi.

Grześ: Czytaliśmy sobie rano książeczki i mała wybrała jako następną którąś z tych japońskich. Ja na to, że nie znam japońskiego. Ona zastanowiła się chwilę i mówi: To teraz powiedz "sugimoto". Ja: "sugimoto". Ona: powiedz "akarimaśta". Ja: "akarimaśta". Ona: "hasimata". Ja:" hasimata". Ona: No widzisz? Już znasz. To teraz czytaj.

If.

wtorek, 15 lipca 2008

Zabawa w chowanego.


Babcia Wisia (schowana): Ku-ku!

Masza (nieuważnie): Teraz idź polataj sobie, kukułko, bo ja muszę siusiu.

If.


piątek, 11 lipca 2008

Porządków ciąg dalszy, tym razem notka z 14 lipca 2007. A było to tak:


Masza analizuje systemy słów. Słyszy język polski. Słyszy angielski (poranny blok dla dzieci w BBC Prime). Słyszy japoński (Totoro, Neko-no ongaeshi, ostatnio też Majo no takkyubin). Dodatkowo razem z tatusiem, który czeka na chwilę, gdy wreszcie będzie można łączyć się z komputerem bądź netem bezpośrednio poprzez mózg, gra na www.uptoten.com , a tam Boowa i Kwala gadają po angielsku znów. Stąd całkiem nowe mieszanki słów i piosenki w wymyślonym języku.

Taka dzisiejsza bajka:

Masza: Były raz sobie: hipcio, nazywał się Pasedaj, i nosorożec, nazywał się Fabende, i jeszcze tam była małpeczka i inna małpeczka, i nazywały się Tapulaj....... galapupalipa buuua buuua paputa.

If.

Notkę zapisałam 12 marca i zapomniałam opublikować, teraz nadrabiam. Szło to tak:


Masza czasem opowiada rzeczy, których właściwie nie powinna wiedzieć. Jakby pamiętała skrawki poprzedniego życia. Mówi poważnie, serio, z nieruchomą buzią.

Tym razem opowieść zaczęła w samochodzie. Wracałyśmy ze Smyka, gdzie oglądałyśmy figurki zwierząt firmy Schleich. Mamy niedużą, ale powoli rosnącą kolekcję (zapoczatkowaną rodziną słoni od Ignasia, najulubieńszą). Wśród figurek były też morskie -- orka, rekin, delfin.

Masza: Mamo, wiesz, ja kiedyś też spotkałam rekina... ja pływałam, on się zbliżył i mnie uszczypnął...

I już nie miałam nogi...

I potem mnie jeszcze uszczypnął i jeszcze, i to bardzo bolało...

I już mnie nie było, wiesz... tak było, mamo...


If. (oblana zimnym potem)

 
1 , 2