O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


piątek, 24 lipca 2009

Masza ma sama sobie zdjąć plasterek z ranki na stopie. Po długich negocjacjach zamknęła się sama w łazience; siedzi na klapie sedesu i boi się. My czekamy, aż się weźmie w garść. Po naprawdę bolesnych i długotrwałych problemach z szytą raną na kolanie lęk przed odrywaniem plastra wcale nie dziwi i zdjęcie malutkiego z Puchatkiem wymaga hartu ducha. Trzeba tylko dać temu hartowi się z Maszy wydobyć.

Siedzimy, nasłuchujemy. Po pewnym czasie z samotni dochodzi nas jakby mamrotanie, a potem cichy śpiew: jestem sama w łazience-e-e, a kuku boli, boli, boli, o-o, zdjąć plasterek trzeeeba, zdjąć, zdjąć, a potem założy się nowy różooowy, lalala, boooli kuku, booli kuku, samej trzeba zdjąć plasterek, nanana...

If.
(i zdjęła, dzielna malutka)

środa, 22 lipca 2009

Minęło; ja, wspominając, widzę obrazki i dźwięki, jak sceny wymontowane z filmu.

1.

Babcia Maćka jest osobą silnie, acz dziwnie wybiórczo, troszczącą się o wnuka. Maciek spędza na działce cały lipiec i podczas pobytu zaraził się gdzieś ropną anginą. Oczywiście nie mogli się wtedy z Maszą widywać, otrzymywaliśmy tylko przez płot od babci Maćka pełne emocji komunikaty.

Któregoś wieczoru po spacerze, po kolejnym masochistycznym przyjrzeniu się ogłoszeniu o wściekliźnie z lisią czachą Masza wpadła w nastrój.

Masza: Musimy pójść i zapytać jak on się czuje. Musimy tam wejść i powiedzieć, że martwimy się o Maćka... umrze czy nie umrze... umrze czy nie umrze...

2.

Ja (do Grzesia): Właściwie to miałam jeszcze spojrzeć na sosnę, czy pszczół nie ma.

Grześ: To się wróć.

Ja: Ale stąd właściwie też widać.

Grześ: Aleś oszczędna.

3.

Zachwycił nas "duży targ" (środy i soboty) w najbliższym działki mieście, czyli Mińsku Mazowieckim. Mydło, powidło, owocewarzywa, stroje, balony, kwiaty, klapki, skarpetki 5 złoty za 5 sztuk, gwoździe, spławiki, kolczyki, cedzakowa łyżka gwarantowana nierdzewna, cokolwiek zechcesz. Masza stała się radosną posiadaczką bluzeczki z Hannah Montana, ja miodu rzepakowego, Babcia obrusa, Grześ skarpet (acz nie z tych wyżej wymienionych). Przy okazji: Grześ jeszcze w Wawie nabył był obuwie sportowe w typie "siłka w Wisconsin" i nosi je na działce.

Grześ: Jak to buty określają człowieka. Tylko się od was oddaliłem a już jakiś gość podszedł sprzedać mi kradzione zegarki a potem jeszcze drugi z papierosami bez banderoli...

4.

Nasze nocne spacery trwały nawet dwie godziny i potrafiły skończyć się grubo po dwudziestej pierwszej. Masza po hiperaktywnie spędzonym dniu zwykle pękała i prosiła o wzięcie na barana, ale czasem następowało to naprawdę blisko domu. Po powrocie opowiadaliśmy Babci, gdzie byliśmy i co widzieliśmy (dwa zające, chmurę chrabąszczy nad brzozą, ogromne mrowisko).

Masza: Babcia powiedziała, że jest ze mnie dumna. Bo ja jestem dzielna, podróżna i długospacerna!

If.

wtorek, 21 lipca 2009

Działka to cudowny wynalazek. Las, rzeczka, letnie towarzystwo i letnie burze, z grzmotami trzęsącymi drewnianą podłogą. Można być brudnym, nieuczesanym, nosić rozpadające się buty i w ogóle. Dwa tygodnie na działce z Babcią Wisią i Dziadzią Wojtkiem przedzieliły konieczne powroty do Warszawy (Masza przecięła sobie spodenki o raz kolanko na blaszanym kancie w sklepie, gdzie mama kupowała majtki, i konieczne było szycie oraz po tygodniu zdjęcie szwów. Wszyscy na działkach wiedzą teraz, gdzie mama Maszy kupuje majtki).

Masza szalała. Codzienne i cowieczorne długie spacery, zabawy z działkowym narzeczonym Maćkiem, kot i pies, truskawki, ptaki, hamak, wiśnie. Zapach jagód i grzybów. Łąka, gdzie mama nabrała wody do buta, przesieka z przerażającym plakatem - ostrzeżeniem przed wyłożoną szczepionką na lisy (by nie wypuszczać wtedy do lasu domowych kotów i psów - ale bez daty, za to z wizerunkiem lisiej mordy w estetyce "baczność, wysokie napięcie"). Pola nawożone pachnącym gnojem, kwitnące krzaki kartofli i gryki, zające i bażanty. Dzięcioł, stukający nam w dom o piątej rano i pobudzający psa do obłędnego szczekania. Dzięcioł zero stresu, my wszyscy siup ze snów i z łóżek. Maks, cicho, do cholery! No i pszczoły! Od zawsze w domku przyjaźnie współmieszkały z nami pszczoły. W tym roku najwyraźniej rój się podzielił na dwie rodziny; jedna została na starym, czyli gdzieś pod dachem piętra, druga w postaci chwiejnego kokonu z ciał pszczelich uczepiła się wysokiej gałęzi sosny metr od balkonu. Kilkakrotnie odwiedziła nas straż pożarna z pszczelarzem, nim udało się zwisający rój zebrać i przewieźć do pasieki, a co zza okien widzieliśmy, to nasze. Wszyscy kochamy pszczoły i teraz już nawet wiemy, co to rojownica.

A kilka obrazków działkowych za chwilę, kilka  z miliona :-)

If.