O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


czwartek, 30 września 2010

Dzwoni telefon. Zastrzeżony numer.

Ja (zastrzeżony? jednak odbieram): Halo? Słucham? Halo?

Ktoś: Dzińdobry, moje nazwisko, jestem przedstawicielem sieci Orendż. Czy mam przyjemność z panem Grzegorzem?

Ifon
(ze zrobionym dniem)
(fajny prezent na urodziny! bo to, panie tego, dziś!)

wtorek, 21 września 2010
Masza i Alex mają świetnych dziadków. Oprócz tego, że są kochani, potrafią zapewnić dobry humor na cały dzień. Lubię, gdy wzrasta poziom radości na świecie, podzielę się z Wami:

Babcia Wisia: Gdzie moje okulary? Wojtek, znowu brałeś moje okulary? No nie!

Dziadzia Wojtek: A co, rozładowały ci się?...

If.

sobota, 18 września 2010

Wpadł mi w ręce gruby brulion, gdzie już trzeci urlop dla przyjemności notowałam sobie każdego dnia, co było fajne. Spomiędzy kartek wysypują się kolorowe bilety wstępu, zasuszone kwiateczki i liście -- dary Maszy -- a nawet paragon z baru "przy kominku" w Polanicy, gdzie tego lata za obfity i pycha obiad na trzy osoby zapłaciliśmy niecałe 23 złote... o, rozmowa o ogrodzie japońskim!

Grześ: Co dziś robimy?

Ja: Pamiętasz, widzieliśmy znak. Niedaleko przed Kudową "ogród japoński 2 km". Ja nie słyszałam o nim i bardzo chcę.

Grześ: Ale nie boisz się? Żeby się nie okazało, że jest jak sushi z supermarketu.

Ja (gorąco): Wiesz, może, ale może nie. Nie chcę zakładać z góry, że coś na pewno będzie marne. Ale nawet jeśli? Szanuję tych, co mają pasję i się starają [...] Nawet gdy  odtwarzają piękno ze zdjęć, nie znając reguł i proporcji [...] Może dziś mają niewyrobione oko, ale przecież jutro [...] Sam fakt, że czują piękno japońskiego ogrodu czy drogi herbaty czyni z nich moich braci, choć może nigdy nie byli w Japonii i [...] A poza tym sobie ręki bym nie podała, jako człowiek, który po nędznym półtora roku nauki miał śmiałość uczyć innych [...] [...] [...]

Grześ (szlachetnie doczekawszy, aż moja wypowiedź szeroką deltą wpadnie wreszcie do morza): Ale rozumiesz, że to, czego ja się spodziewam, to krasnale przebrane w kimona?

If.
(przepraszam bożego zapaleńca, twórcę ogrodu w Jarkowie, za to, że dał powód do powyższych oburzających podejrzeń. Twórca w Japonii nigdy nie był, ale jego ogród, mimo tłoku wśród roślin i pewnej nadwyżki kamiennych dekoracji -- kto by się umiał powstrzymać na własnym, ograniczonym terenie niech pierwszy rzuci drewnianym jakiem -- jest piękny i absolutnie warto go zobaczyć. Włożony weń ogrom miłości i pracy powala.  Szacun)

(c) Grześ

(c) Masza


czwartek, 16 września 2010

"Ja kocham szkołę i zawsze będę tu chodzić, nawet na studia nie pójdę bo chcę tylko tutaj", mamrocze Masza uszczęśliwiona i natychmiast po powrocie z lekcji wypakowuje z tornistra zeszyt. Marzenia się spełniają. Nareszcie zadanie domowe!!!

If.

niedziela, 12 września 2010

Uwielbiam patrzeć, jak Masza pociesza.

Gdy usłyszy, że Mały Brat płacze, biegnie natychmiast. "No nie płacz, nie płacz, malusieńki", prosi i nie zwlekając ni czekając na odpowiedź zaczyna akcję pocieszawczą -- śpiewa ulubioną piosenkę Alexa, pust' wsiegda budiet sonce. Zestaw ulubionych piosenek Maszy Alex przyjmował ze spokojem,  natomiast tą piosenką, zaśpiewaną kiedyś przeze mnie w przypływie natchnienia, zachwyca się do głębi. I wymaga wersji rosyjskiej.

Wracając, Masza śpiewa, sztukując zapomniane kawałki fantastycznorosyjskim. Zaczyna cicho i z uczuciem, patrząc małemu w oczy. Alex płacze dalej. Masza zapatruje się w dal i daje porwać melodii, kompletnie już nie zwracając uwagi na brata i nieświadomie podnosząc głos, by przekrzyczeć płacz. Jakiś czas natężenie śpiewu i lamentu jest podobne, w końcu Alex poddaje się i na krótko zapada w ponure milczenie. Gdy Masza kończy występ orientuje się, że publiczność, w świetnym humorze, od dawna zajmuje się czym innym. 

If.

czwartek, 09 września 2010

Problem zero-jedynkowy, czyli w co pakujemy nasze dziecko, w zerówkę czy w pierwszą klasę, za nami. Chyba jeden zero dla nas, wybraliśmy dobrze, zważywszy, że całą pierwszą klasę będą głównie wałkowane literki i proste obliczenia, a mała domaga się większej ilości lekcji w lekcji. Pani bardzo łagodnie bierze zakręt z przedszkola do szkoły; dzieci oburzają się na brak zadań do domu i dyscypliny. Może damy im jakieś rózgi do powieszenia w klasie, lepiej się poczują? Że groza jednak wisi, że nie tylko zgniły luzik.

A groza wisi. Po wysłuchaniu i nawet podpisaniu na zebraniu, że wysłuchałam, wewnątrzszkolnego systemu oceniania (WSO) promującego wielceaktywność, nadentuzjazm i bycie spiritus movens wszystkiego, zdenerwowałam się. A dlaczego dziecko spokojne, nieprzebojowe czy nieśmiałe ma być karane za swój charakter? Kuba. Dlaczego nie poszedł do pierwszej klasy? Umie pisać i czytać, ale panie w przedszkolu twierdzą, że słabo socjalizuje się w grupie i nie zgłasza do odpowiedzi. Zapytany, zawsze zna dobrą odpowiedź. Ale nie zgłasza się; panie liczą, że może przez ten rok w zerówce przemieni się cudownie w aktywnego ucznia z paluszkami do góry. Wtedy będzie miał dobre stopnie, a tak, kto wie, jeszcze będzie przynosić minusiki.

Tylko po co ma się zmieniać...? Niech sobie pozostanie takim jakim jest, fajnym, rozumnym, małomównym chłopcem.

A niech spadają z tym przystrzyganiem pod linijkę. Pozostaje jedno: obojętność na oceny. Nie zamierzamy Maszy spowiadać z plusików czy minusików ani mieć pretensji o żaden gorszy stopień, przyjmiemy je jako neutralny sygnał, że z czymś sobie słabiej radzi czy nie lubi. Może tak i miało być w założeniach oceniania, a reszta zależy od rodziców.

Niech uczy się dla siebie. Niech będzie sobą. Ja nie byłam. Chodziłam do podstawówki w czasach, gdy szkoły, jak niedawno usłyszałam, miały zadanie mielić mięso do ewentualnej walki ze zgniłym zachodem. Może i tak, bo zmieliły mnie równo, do tej pory chyba nie poskładałam wszystkiego.

Trzymajcie się, uczniowie, wyduszajcie ze szkoły wiedzę  i chrzańcie WSO.

If.

PS
Biedna Masza, dokładnie w swe szóste urodziny dostała gorączki i w domu spędziła też pierwszy dzień siódmego roku życia. I nie zdążyłam na czas na łamach blogu napisać tego, co już jej powiedziałam: sto lat, córeczko. Jesteś super. Kocham cię.

wtorek, 07 września 2010

Masza w szkole (dziś informatyka, angielski, nauczanie zintegrowane. Mamo, szkoda, że nie ma więcej lekcji z Panią! A Panią, wciąż z ulgą o tym myślę, trafiliśmy naprawdę dobrą). Cisza. Alex, który dokładnie dnia 26 sierpnia zdecydował, że pełzanie to coś bardziej dla węży i zaczął raczkować, teraz przysiadł, stabilnie zakotwiczył się palcami stopy na podłodze i bada piłeczkę. Koty drzemią. Szkolne emocje buzują, wspomnienia z lata blakną. Kocham Góry Stołowe, myślę sobie nagle i oto są -- drzewa parku zdrojowego w Polanicy, droga na Szczeliniec, smak gofrów, zapach włosów Maszy, Alex mówiący pierwszy raz baba! adada! atata! -- lato wróciło na chwilę.

***

Wchodzimy na Szczeliniec. Ja z Maszą, Grześ z Alexem w nosidełku Bondolino na plecach. Kurczę, czy tu na szczycie zawsze było takie targowisko?  Tłum, wrzask, stragany, dym. Jakim cudem dotarła tu ta pani w klapkach-japonkach...? Prędko przechodzimy ku trasie widokowej. Przed kasą dwie osoby.

Masza: Ale kolejka!

Grześ: To nie kolejka. To ci, co przeszli próbę budki z piwem.

***

Masza jest tak szybka i niecierpliwa, że nie jestem pewna, czy nadąża cokolwiek zobaczyć i skrupulatnie wskazuję jej miejsca warte obejrzenia.

Ja: Spójrz tu!

Masza (już gdzie indziej)

Ja: Nic tylko lecisz jak wiatr, rozglądaj się trochę, kobieto!

Masza: Coco? Ja się rozglądam, zanim ty w ogóle zaczęłaś się rozglądać.

(leci dalej)

If.