O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


poniedziałek, 30 października 2006

Masza chora, kaszle i ulegle pija ohydny syropek, który ja uczciwie reklamuję jako niesmaczny, a który, podejrzewam, jej zwyczajnie smakuje - yyy.

Ostatnio chętnie bawimy się w wyobrażanki. Wprawdzie najlepiej bawią się we dwie z Babcią, najuprzejmiej częstując się wzajemnie wyimaginowanymi gruszkami i śliwakami pobieranymi z przezroczystych koszy i mis, pełne satysfakcji, porozumienia i harmonii ("Pacia gjuśka dla ciebie. A daj śjiwećkę. Popjosie tylko śjiwećkę. Dziękuję. O, pestka, to ja wyjucię pestkę. A mozie, mozie, mozie chociaś jagody?")

Bawiłyśmy się też krążkami od gry w pchełki. Krążki udawały fasolkę na śniadanie. W pewnej chwili odeszłam do telefonu i wracając ujrzałam, że dziecko coś jakby wkłada do buzi. A jeszcze połknie!!!

Ja: (panicznie) Co masz w buzi?!!

Masza: (po namyśle, zdziwiona) Zęby?

If.
(Faktycznie, jak sprawdziłam, mądre dziecko nie miało w pyszczku ciał obcych. Jak mogłam?)

piątek, 27 października 2006

Czy matkę i dziecko łączy tajemnicza więź, o jakiej śniło się niektórym filozofom i czytelnikom pism "Wróżka" oraz  "Gwiazdy mówią"?

Wczoraj przystąpiłam do egzaminu na prawo jazdy, który ujemnie zweryfikował moją umiejętność radzenia sobie ze stresem, nie tykając umiejętności jazdy. Poległam od razu na łuku. Powiem więcej: pierwszy raz w życiu przewróciłam kijek, co egzamin zakończyło natychmiast i nie miałam nawet prawa poprosić o jazdę po mieście (a dzień wcześniej instruktor powiedział: "no, jest pani dobrze przygotowana")

Wracając siedziałam na fotelu pasażera obok taty, gryzącego wargi ze współczucia, wyprostowana, kapiąc łzami na sweterek i pas bezpieczeństwa. Przyjeżdżamy do domu moich rodziców, gdzie pozostała Masza. Witamy się.

Moja mama: (badawczo patrząc na moje szklane oczy) Córeczko, a wiesz, parę minut temu mała odłożyła zabawki i powiedziała "mama płacze".

If.

wtorek, 24 października 2006

Byliśmy u przyjaciół na imprezie, wracamy zapomniawszy kosza wiklinowego. Kosz zaraz następnego dnia został Grzesiowi przekazany i zaistniał domysł, że przetrzymywany jest w bagażniku. O tym dowiedziałam się w kilka tygodni po sprawie, gdy dałam znać, że kosz odbiorę kiedyś, przy okazji kolejnej imprezy, mile widziane ciasto cytrynowiec.

W celach doświadczalnych nie pytałam Grzesia o kosz (ciekawe: ile czasu Grześ będzie woził w bagażniku niemały pojemnik z wikliny?)

Dziś wieczorem, niestety, pękłam. Ale skoro w końcu nie robiliśmy zakładów... Córeczko, może kiedyś też się z tego uśmiejesz.

Ja: (wydobywając zakupy z licznych toreb) Jak dobrze, że pamiętałeś o sokach.

Grześ: A żurawinowy najdroższy.

Ja: Bo wiesz, za żurawiną trzeba latać po bagnach. Sporo tych zakupów... (tu właśnie pękłam) Eeee, a nic ci nie zawadza w bagażniku?

Grześ: Jedna zabawka z karuzelką na patyku do pchania, która przydała się do wyciągnięcia piłki spod samochodu, jedna piłka, jedna torba z czymś do przekazania twojej mamie, jeden kosz wiklinowy.

Ja: (homerycki śmiech)

If.

PS

A kiedy zaczęłam wpisywać tę wyliczankę do bloga...

Ja: Karuzelka, kosz. I co tam jeszcze miałeś w bagażniku?

Grześ: (dostrzega włączonego laptopa i włącza mu się syrena) Nic nie mam. Wpisz cokolwiek.

Ja: Mów, bo mi puentę zeżre.

Grześ: Masz tu kluczyki do samochodu, sprawdź!

sobota, 21 października 2006

W porywie misji edukacyjnej wałkuję z dzieckiem kolory, kształty, liczby, wielkość. Wkładamy małe pudełka do dużych, duże do większych; kolorujemy, wyszukujemy kwadraty i prostokąty wśród klocków, ilustracji i mebli w pokoju. Nie chce mi się okropnie i dziecku też nie.

Ja: (ziewając) Tego, to co to miało być? Trójkąt?

Masza: Tukącik jest. Ziejony.

Ja: Czerwony jest. Eee. A który klocek największy?

Masza: (niecierpliwie przegarnia klocki) To?

Ja: Pewnie. A ten jaki jest?

Masza: (znacząco) I duzi i mały. To samo klocek. (wstaje sobie)

Ja: Dziękuję za naukę.

If.

piątek, 20 października 2006

Przejęłyśmy na podwórku Anię i zabrałyśmy do nas. Masza zachwycona odwiedzinami cioci już chce ją oprowadzać po zabawkach, gdy ja wciągam malutką z powrotem do przedpokoju, do szarej konieczności zdejmowania butów, do zajęć praktycznych z zasad.

Ja: Córeczko, ale najpierw buty trzeba zdjąć, pamiętasz? Sama zdejmij, co?

Masza: Nie, tak. (siada) Będę zdziembać buty.

Ja: Najpierw odpiąć paski, dobrze. A dalej co? Za co trzeba pociągnąć, żeby but zszedł?

Masza: Piętę.

Ja: Świetnie, trzeba pociągnąć za piętę. (długa cisza) Ale czemu tego nie robisz?

Masza: Eee...

Ania: (z pokoju) O, zupełnie jak moi studenci.

If.

poniedziałek, 16 października 2006

Plac zabaw. Stoimy przed niezwykle skomplikowanym pomostem z kłodami na łańcuchach. Coś zdecydowanie dla dzieci starszych, istny most tybetański. Masza pali się do próby.

Ja: Córeczko, boję się, że to będzie trudne.

 Masza: (gorąco i czule) Ojejku, mamusiu, nie bój się, nie bój.

If.

piątek, 13 października 2006

Grześ wraca z pracy z zakupami. Późno. Masza już po kolacji, za kilka chwil kąpiel.

Grześ: Weź szybko ode mnie tę torbę, zanim dziecko zobaczy te... okrągłe porcje węglowodanów.

Masza: (radośnie) Buła jest!

If.

środa, 11 października 2006

Plac zabaw. W środkowej części, przeznaczonej dla troszkę starszych dzieci, jest kilka pomostów do biegania i ćwiczenia równowagi, jeden z nich kończy okrągły parkiecik z możliwością ślizgu zjeżdżalnią, zejścia po kilku oponach lub po drabince. Masza wbiega pomostem na parkiecik za chłopcem starszym o rok czy dwa. Chłopiec przystanął na środku, zasłaniając dostęp do zjeżdżalni.

Masza: Chopcik tutaj. (z naciskiem) Tutaj.

Chłopiec posłusznie zjeżdża, choć chyba miał ochotę pobiec sobie pomostem z powrotem.

Ja: Acha, teraz ty zjeżdżasz?

Masza (zdziwiona): Nie. (odwraca się i biegnie sobie pomostem)

If.

sobota, 07 października 2006

Kolory ("kojoji") są przedmiotem naszego dużego zainteresowania. Masza od dawna zna czerwony, czyli "dziadzi brum-brum kojoj, który niedawno wyewoluował do "ciejwonego"; dodatkowo od kilku dni bawimy się ciastoliną w trzech wiaderkach, z trzema wieczkami w żywych barwach, które chcemy mieć nazwane.

Teraz bawimy się we troje w chowanie kredek. Wrzucamy je przez dziurę do wnętrza plastikowego podnóżka z Ikei i nazywamy kolory. Podnoszę kolejną.

Ja: Jaki to kolor?

Masza: Eee... zióuty.

Ja i Grześ, unisono: Brawo!!!

Ja: A ten?

Masza: Ziejony!

Ja i Grześ, znów: Świetnie!

Ja: A ten?

Masza: Eee... e?

Ja: Niebieski.

Masza: Takbieski. Tak, bieski!

A i takbo dziś było takbieskie, że wszystkie bieski czesały swe treski.

(?)

If. :)

środa, 04 października 2006

Masza lubuje się nowym przysmakiem językowym - te fantastyczne przysłówki, zaimki, gładko układają się w ustach i szkoda ich wciąż ("ciąś") nie stosować. Chyba ("iba") można powiedzieć, że może ("mozie") są bardziej ciekawe niż rzeczowniki.

Masza nie lubi iścia myć rączki. Raz postawiona przed umywalką potrafi spędzać świetnie czas na zabawie w tonie - nie tonie, i fajnie jest, ale udanie się do łazienki to przymus i męka, która trwa. Przypomniała mi się scenka z poniedziałku.

Ja: Córeczko, łapki masz całe w ziemi, trzeba umyć przed kolacją.

Masza: Nie, iba nie, mamusiu.

Ja: Spójrz na ręce i powiedz, czy nie są czarne.

Masza: Nie, iba nie!

Ja: Tak, na pewno tak. Do łazienki!

Masza: Nie!!! (przez łzy) Akulat nie!!

If.

 
1 , 2