O autorze

 

 

free counters
od 10 maja 2010


sobota, 01 września 2012

Na działce, rysujemy kredą chodnikową galerię zwierzątek na płytkach przy domu.

Ja: Co teraz rysujemy?

Alex: Iha ha.

Ja: Konia? Dobrze. A powiesz koń? Albo prościej, najpierw powiedz ko.

Alex: Ko.

Ja: Powiedz ni.

Alex: Ni.

Ja: Powiedz ko-ni.

Alex (po namyśle): Iha ha.

If.

poniedziałek, 20 lutego 2012
Masza co jakiś czas przypomina sobie, że świat jest groźny i boi się. Nocy, oderwania od bliskich, samotności, żywiołów, śmierci, wojny... widziała w telewizji, jak w Fukushimie fala przykrywa kolejne domy i toczy samochody, słuchała opowieści babci Kazi o wojnie. Ale nie tylko to jest powodem jej lęków, po prostu ma je gdzieś w sobie.

Przypomniałam sobie coś z ferii:

Na mierzeję dojechaliśmy dzień po sztormie, który pożarł plażę i wysoko podciął klify. W życiu nie widzieliśmy tak długich, grzywiastych i szybkich fal! Gdy w drodze do Piasków, jak tradycja nakazuje, zatrzymaliśmy się w Kątach przywitać z morzem, Grzesiowi niezwłocznie zalało nogi.

Ja: Sztorm! Hurra, czyli ruszą bursztyny. Puścicie mnie?...
Grześ: Jasne. Chcesz iść od razu jutro?
Masza (ze szczerym, głębokim przerażeniem): Nie! Nie! bo cię jeszcze zatsunamuje!

If.

PS
I poszłam, i jaką miałam zdobycz! Je-ju!

Cóż nad kilkugodzinny spacer pustą plażą i zbieranie bursztynów! Myślę, że trzy lata temu, po stracie dziecka (przed Alexem), terapia bursztynowa uratowała mnie.


Zdjęcie: (C) Grześ

piątek, 17 lutego 2012

Zapowiadam, że mam pięć minut dla siebie i siadam przed kompem, tęskniąc do znajomych blogów.

Niestety, już po jednej, najwidoczniej bardzo długiej minucie jedni zaczynają zadawać wiele pytań a drudzy włażą na stół, co nie jest bezpieczne ani dla nich samych, ani dla pobliskiej ceramiki.

Ja jednak liczę na łut szczęścia i udaję, że nikogo na stole nie ma; na różne sklamrzenia odpowiadam wypraktykowanymi pomrukami, nie odrywając oczu od ekranu.  Gorzej! Nie przejmuję się w sposób właściwy córką, która cośtam, nie zauważyłam, i teraz nóżka boli.

Zła mama, zła!

Masza: Auuuuu!

Ja (patrząc w komputer): Boli?

Masza (cicho): Boli.

Ja (nadal nie ruszając się z miejsca, by obejrzeć, opatrzeć, przytulić): O.

Masza: Bardzo boli. BOLI.

Masza (z pasją): Proszę! I jeszcze mnie ignoruje!

If.

środa, 15 lutego 2012
Ostatnio kilkakrotnie natknęłam się na temat matek, które nie kochają dzieci i żyją jak w więzieniu, w którym trzeba obsługiwać małego klawisza. Ja otrzymałam dar instynktu macierzyńskiego w tak dużej ilości, że czuję solidarność z krową stojącą z cielątkiem i z kurą wodzącą swoje dzieci po podwórku. Jak nie miałabym współczuć tym matkom, które nic nie poradzą na to, że nie czują więzi z dzieckiem, a muszą codziennie się nim zajmować? Ja, która otrzymałam w hojnym darze instynkt macierzyński i świetne dzieci, tyle razy: krzyczałam na nie. Mówiłam (w duchu, ale jednak): a idź w cholerę i daj mi spokój (po chwili zabobonnie odżegnywałam się od tego, ale co padło, to padło). Miałam ochotę uderzyć. Nie miałam siły. A one?...

A te, których rodzice i otoczenie nie przygotowało do dorosłości, jak (tak sądzę) mama małej nieżyjącej Madzi?

Po drugiej ciąży (cięższej od pierwszej) i drugim porodzie (cięższym od pierwszego) podupadłam na zdrowiu, urodzie i sile życiowej. W zasadzie nadal nie wróciłam do siebie, a dzieci, dom i codzienne obrządki czekają. Beznadziejne, w koło macieju i dookoła wojtuś te same prace domowe, walka z bólem, brakiem snu, ze zmęczeniem i zniecierpliwieniem, ganianie małego z każdą częścią garderoby osobno, lekcje, zajęcia pozalekcyjne, gotowanie, planowanie posiłków, szczepień, zębów... pilnowanie porządku dnia, bez którego nasz rodzinny wóz już leżałby do góry kołami... I poczucie, że przecież każda matka ma podobnie i nie należy się nad sobą roztkliwiać, że głupieję, że zapominam zadbać o siebie i chodzę w starej kurtce seksownej jak moja przyjaciółka pralka, że nie radzę sobie bo jestem... bo jaka jestem?

Nie biorę leków, a często przydałyby się.
Zresztą ból i załamka w końcu mija, a ja jakiś czas cieszę się macierzyńską nagrodą, którą nie wszyscy otrzymują. Serce się kraje. Trzymajcie się, dziewczyny.

If.

PS W imię solidarności zaraz będę kupować "Macierzyństwo bez lukru"

PS 2

Mothers Little Helper
Tekst:
(Jagger/Richards)

What a drag it is getting old
"Kids are different today"
I hear ev'ry mother say
Mother needs something today to calm her down
And though she's not really ill
There's a little yellow pill
She goes running for the shelter of a mother's little helper
And it helps her on her way, gets her through her busy day

"Things are different today"
I hear ev'ry mother say
Cooking fresh food for a husband's just a drag
So she buys an instant cake and she burns her frozen steak
And goes running for the shelter of a mother's little helper
And two help her on her way, get her through her busy day

Doctor please, some more of these
Outside the door, she took four more
What a drag it is getting old

"Men just aren't the same today"
I hear ev'ry mother say
They just don't appreciate that you get tired
They're so hard to satisfy, You can tranquilize your mind
So go running for the shelter of a mother's little helper
And four help you through the night, help to minimize your plight

Doctor please, some more of these
Outside the door, she took four more
What a drag it is getting old

"Life's just much too hard today,"
I hear ev'ry mother say
The pursuit of happiness just seems a bore
And if you take more of those, you will get an overdose
No more running for the shelter of a mother's little helper
They just helped you on your way, through your busy dying day
.

wtorek, 14 lutego 2012

...ale i tak świetnie można go zrozumieć. Wyraziste gesty i mimika załatwiają sprawę, co zaczyna mnie niepokoić. Trudno się powstrzymać przed porównywaniem (Masza w jego wieku już prosiła o żółtą kredkę itp); trudno wierzyć stereotypom (chłopcy później zaczynają mówić). Zapiszę go do logopedy, może coś fizjologicznie utrudnia wymowę? Tak świetnie się rozwijał, tymczasem odkąd zaczął chodzić jakby zatrzymał się w zdobywaniu kolejnych sprawności. Kompletnie nie potrafi wypełniać książeczek typu "gratka dwulatka" - proste labirynty, szukanie drogi, elementy pasujące i nie, łączenie kreską krowy i cielęcia są jakby poza zrozumieniem. Nie liczy, kolory ma w nosie. Oczywiście winię siebie, że mniej z nim przesiaduję nad książeczkami niż z Maszą, schrzaniłam, i oby nie było w tym nic więcej.

Słowniczek Alexa na dziś:

Baba, babi (babcie)

Bambam (kaczka)

Brum brum (czynność jechania)

Cici (pić)

Cita (wszystko, co służy czytaniu i pisaniu, czyli książki, kredki, papier itp)

Da

Dziadzia

Dzikn (dzik)

Dzitn (nożyczki, noże)

E-e (siusiu)

Erlo erlo (telefon)

Kokoko (kura)

Kokoku (kogut)

Kot (jedno z pierwszych słów), l. mn. koki, czasem kotn

Kupa

Ła ła (pies)

Maa-maa (moja-moja, czyli głaskanie pokrzywdzonych)

Mama, mamo, mami

Mniam mniam

Mooo (krowa)

Nie

Papi (siostra)

Pupa

Purrta, l. mn. purrci (wszelkie pojazdy)

Si, dzi (gorące)

Tam

Tat (tak)

Tata, tato, tati

Ti (tak mówi o sobie)

Tu

Tututu (słoń)

Zi (zimne)

Bezproblemowo sortuje, buduje z klocków Lego garaże i purrci, pisze litery A, B i T, obsługuje iPhone'a,  iPada, telewizor, odtwarzacz; rysuje; generalnie wykazuje się inteligencją, dobrą pamięcią, spostrzegawczością, letalnym podejściem do problemów i poczuciem humoru. Okazjonalnie bija siostrę. Zanosi pluszowe zwierzątka do kocich misek, by nie głodowały. Delikatnie łapkami odwraca mi twarz, bym patrzyła we właściwą stronę. Pozwala się strzyc. Śmieje, pokazując dołeczki. Znakomicie skacze do wody na basenie. Lepi z ciastoliny kunsztowne cosie. Samodzielnie zakłada kalosze (do wychodzenia na korytarz służą kalosze i tylko kalosze). Wszędzie potrafi się dostać przy pomocy krzeseł, pudełek i czegokolwiek. Masuje chory brzuszek siostrze. Tańczy, podśpiewuje, a nawet robi szpagat. Jeździ na trzykołowym rowerku.

Kurczę, ale Nie Gada.

If.

czwartek, 02 lutego 2012
Masza ma poważny pyszczek i jak rzadko, słucha z uwagą. Czytamy z dziećmi o miłości szczęśliwej, o kocie w pustym mieszkaniu i o próbie, co dokonana być musi. I będzie.

If.

sobota, 10 grudnia 2011
Wieczór, moja kolej prasować. Jeżdżę żelazkiem i powoli obniżam hałdę upranych ubrań. I chcę porozmawiać; uświadomiłam sobie, że ostatnio moi goście noszą rozmiar 128-134, a zresztą i tak przychodzą do Maszy.

Grześ leży z książką na kanapie i chyba patrzy na mnie, gdy opowiadam różności.

Grześ (po kilku minutach): Co takiego?
Ja: Przepraszam?
Grześ: Bo jak tak nie za bardzo słuchałem.
Ja (z najwyższą uprzejmością): Otóż na końcu powiedziałam "czytaj sobie spokojnie, a ja pogadam do ścian, jak codzień".

If.

poniedziałek, 28 listopada 2011
Grześ choruje; donaszam mu* co jakiś czas kawę zaparzaną "po polsku". Dwie miarki kawy na kubek. Mniej więcej. Grześ opracował algorytm na moc naparu (wielkość kubka, pora dnia, i coś, je ne sais quoi), ja jednakże nie mogę go opanować i mam sporo wykroczeń przeciwko ideałowi.

Dziś znów zaniosłam kawę.

Grześ (pojawia się w kuchni z kubkiem): Wiesz, doprowadziłaś do tego, że wyczuwam moc kawy po oporach toczenia łyżeczki. (odlewa nieco kawy, dolewa wody, ideał zostaje osiągnięty)

If.

* Jakby co, równie często Grześ robi kawę dla mnie.

piątek, 18 listopada 2011
Alex zjadł część obiadu, a resztę rozrzucił wokół swego wysokiego krzesełka. I zwiesił głowę na blacie, zupełnie, jakby przemyślawszy sprawę poczuł głód i rozpacz.

Masza (przysiada pod krzesełkiem. Łagodnie): Braciszku, twój czyn nie był zły. Ale bardzo wkurzliwy.

If.

poniedziałek, 07 listopada 2011
Na film "Latająca maszyna" dostałyśmy zaproszenie; wybrałyśmy się więc sumiennie, nareszcie same. Masza lubująca się w produkcjach typu "Jak wytresować smoka" i "Zaplątani" (których wcale nie krytykuję, jednak stanowią łatwą rozrywkę) musiała nagle przestawić się na inną wrażliwość. Jakże ja się cieszę, że potrafiła się wziąć w garść i wsłuchać w muzykę Chopina, przełamać opór wobec "pantomimy" (jak nazwała część animowaną, bez słów).  Do wszystkiego trzeba dojrzeć... dlatego już dawno temu przestałam ciągnąć ją do Filharmonii. Może czas wrócić do tematu?

Moja córeczka sama jest jak latająca maszyna... niezatrzymywalna, napędzana energią z kosmosu (no, plus liczne posiłki. Ze względu na zdrowy, radosny i zaraźliwy apetyt jest chętnie zapraszana do znajomych niejadków)


Albo inaczej. Masza jest jak dziki koń, biegnący z rozwianą grzywą. To, co po drodze, przeszkody, wszystko pozostaje gdzieś obok. Cel -- niewidoczny. Liczy się wolność i pęd.

If.

PS Nieszczęsna ta zjechana mama z filmu, jak zrozumiałam, samotna zapętlona matka, starająca się zarobić na dom i kosztowną pasję córki -- a jak ma to zrobić, jak nie kosztem czasu dla dzieci, przepraszam?

"Jane, nie odchodź daleko i zajmij się bratem" - jakbym siebie słyszała...

Spokojnie, wszystko przemyślałam.

Ja tu piszę bloga, a Masza woła "maama, on mnie bije jednorożcem"... nie będę pisać kosztem dzieci. Idę popatrzeć, dokończę jutro, czyli nigdy.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45